-Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
-Na wieki wieków. Siadaj, zaparzę herbatkę. – pokazał gestem, że mam usiąść na mahoniowe krzesło i chwileczkę poczekać.
W pomieszczeniu, w którym piliśmy herbatę panował niezwykle przytulny nastrój. Nie było tu ani bogato, nie panował tu przepych. Na ścianach wisiały upolowane trofea w postaci łbów różnych zwierząt, na jakie polował ojciec księdza. Ściany prawie w całości okute były w drewno – pomieszczenie pasowało mi bardziej do leśnika, niż do duchownego.
-Widziałem, że byłaś na wczorajszym pogrzebie. Znałaś zmarłego? Był kimś dla ciebie? –zapytał i postawił na stole dwie filiżanki pełne gorącej herbaty.
-No, tak właściwie, o nie znałam go osobiście. To był ojciec mojego kolegi.
Spojrzał się tak, jakby oczekiwał, że powiem coś więcej. Ja natomiast nie wiedziałam, czy mam wdrążyć się głębsze szczegóły, czy księdza aż to tak bardzo nie interesuje. Gdy uznał, że nic więcej nie powiem, wziął był herbaty, po czym przeciągnął się na krześle. Odniosłam wrażenie, że jest znudzony.
-Tego kolegi, obok którego stałaś? –zapytał po chwili.
-Tak.
-Biedny chłopak. Ani matka nie przyszła na pogrzeb, ani rodzeństwo.
Byłam ciekawa skąd on wie o Krecie i jego rodzinie. Jednak postanowiłam nie pytać.
-Jego matka nie chciała patrzeć na to, zabroniła też jego młodszej siostrze, a brat? Brat nie wierzy w Boga, nienawidzi wszystkiego, co ma wspólnego z chrześcijaństwem. Zresztą… Kret to także ateista, ale nie obnosi się z nienawiścią. Przyszedł, bo to był w końcu jego ojciec.
-To chyba nie jest z niego taki zagorzały ateista?
Pytania księdza były dziwne. Odpowiadałam na nie niezbyt szczegółowo, ponieważ nie widziałam sensu w tłumaczeniu mu postawy Kreta i jego rodziny. Sama do końca nie znam tego człowieka; nie aż tak dobrze, by wiedzieć w ilu procentach nie wierzy.
-Może, gdy stracił ojca, uwierzył w istnienie Stwórcy?
Zignorowałam jego spekulacje. Udając zbyt „zajętą” na udzielenie odpowiedzi, przyłożyłam usta do pustego kubka i udałam, że piję.
-A może bał się nie iść?
Starałam się nie dać po sobie poznać skrępowania. Udawałam, że jego podejrzenia są tylko głośnymi myślami, a nie pytaniami, na które oczekiwał odpowiedzi ode mnie.
-Dziwię się, że mu się jeszcze nie zapytałaś.
Nie wytrzymałam. Czułam obowiązek powiedzenia mu czegoś, aby zakończyć ten temat.
-Moim zdaniem przyszedł na pogrzeb, ponieważ nikt z jego rodziny nie odważył się na to. Był bardzo związany z ojciec, uznał, że chociaż ktoś powinien być obecny na jego pochówku.
-Dla ateisty pogrzeb to tylko nic nie ważny rytuał odprawiany przez katolików – tę ciemną, ślepą ludzką masę, która wierzy w każdą przeczytaną w Biblii bzdurę. Nic zmarłemu już życia nie przywróci; będzie leżał pod ziemią niczym zakopana gałąź – nie zobaczy żadnego Boga, ani nie dozna życia wiecznego. Gdyby twój kolega był zdeklarowanym ateistą, nie przybył by na pogrzeb.
-Nie wiem, dlaczego jednak przybył i nie zależy mi na tym, by się dowiedzieć.
Patrzyłam jak Ks. Przemek cały czas bawi się rękoma. Wydawał się jakiś zmieszany, spięty.
Przez moment zrobiło się cicho. Po dosłownie kilku sekundach przerwał ją, przynosząc na stół zbożowe ciasteczka.
-Częstuj się. Smacznego.
- Dziękuję. –odparłam nieśmiało.
-Dość ładną dzisiaj pogodę mamy. – zmienił temat. – Gdyby jeszcze ten deszcz mógł się uspokoić, choć na jakiś czas.
Gdy mówił o czymś innym, jakby trochę się uspokajał. Silił się na uśmiech, a drżące w nerwowych trikach dłonie zajął jedzeniem ciasteczek.
-Dlaczego ksiądz tak się wypytywał o mojego kolegę?
Odważyłam się i zapytałam. Pytaniem ponownie zburzyłam jego stan umysłu. Ciszę i spokój, którą starał się wybudować, zamieniłam w chaos. Wyjął z ręki nagryzione ciasteczko i spojrzał się dziwnie. Dopiero po krótkim czasie wydobył się na sztuczny uśmiech.
-Ja… przepraszam. Nie powinienem wtrącać się w nieswoje sprawy.
-Znał ksiądz jego ojca?
-Nie, ja nawet nie widziałem człowieka na oczy. A nawet jeśli widziałem, nie wiedziałem, że to akurat on. Zrobić ci jeszcze jedną herbatkę?
-Nie, dziękuję –grzecznie odmówiłam. Ksiądz zapewne zmartwił się, bo stracił okazję, by oderwać się od tematu.
-A… ten chłopak… jest dużo starszy od ciebie?
-O rok.
-A wy jesteście…tylko przyjaciółmi?
-Skąd te pytanie? Moim zdaniem słowo „przyjaciele” to za wielkie określenie. Znam go, lecz to bardziej koleżeństwo, niż przyjaźń.
-Musi być mu bardzo ciężką z utratą ojca. Odwiedzaj go, dotrzymuj mu często towarzystwa, dodawaj otuchy i zawsze wspieraj. Może… obudzisz w nim miłość do Boga…
-Spróbuję. – powiedziałam, choć dokładnie zdawałam sobie sprawę, że ja jako pocieszycielka nie spełniam się najlepiej.
Odważyłam się do niego pójść, odwiedzić i porozmawiać. Padał deszcz, a ja byłam bez parasolki. Poszłam do domu, przy okazji wzięłam parasol.
Nie chciałam iść do Kreta bez konkretnego celu i potrzeby, więc wzięłam jego atlas geograficzny, jaki dawno od niego pożyczyłam z zamiarem oddania. Dopiero w drodze przypomniało mi się, że powiedział, że nie muszę mu go oddawać, bo w domu ma dziesiątki innych. Mimo tego wypadało oddać.
Z mojego do jego domu był dosyć spory kawałek drogi. Ja mieszkam na rynku niedaleko Kościoła, Kret natomiast na dole, na wybudowaniach. Jednak postanowiłam się przejść. Nigdy nie byłam w jego domu – jakoś nigdy nie miałam chęci, ani potrzeby, by się tam wybrać. Prawdę mówiąc znałam tylko ulicę i kolor budynku. Aha, zapomniałam o psie. Mieszka w domku jednorodzinnym, którego pilnuje flegmatyczny bokser.
Zebrawszy wszystkie informacje do kupy, metodą dedukcji, wytypowałam dom właściwy. Odnalazłam brązowo-oliwkowy dom ( a nie pistacjowy, jak mówił Kret), którego pilnował pies. Na mój widok zaczął głośno szczekać i biegając wokół bramy, zaznaczał swoją pozycję na tym terytorium. Chciał przegonić intruza, którym byłam ja.
Trzymając atlas w ręku, zadzwoniłam do domofonu, który znajdował się kapeńkę za bramą. Miałam wrażenie, że za chwilę warczący pies mi ją odgryzie, lecz sądząc po wielkiej nadwadze psa, zwątpiłam, czy byłby w stanie i w kondycji podskoczyć tak wysoko.
-Halo? - odezwał się ktoś z domofonu.
-Ja do Kreta. – powiedziałam.
-Już, już. Poczekaj tylko chwileczkę. Wyjdę i zamknę psa.
Chwilę później wyszedł brat Kreta – Paweł- i zamknął buldoga w garażu. Był przygnębiony i smutny, a przygnębienie do tego chłopaka było niepodobne. „Prawa ręka samego Szatana” był wiecznie uśmiechniętym, czasem aż świrniętym chłopakiem. W jego niebieskich oczach zawsze tańczyły iskierki szczęścia – teraz jakby zgasły. Przywitał się ze mną, wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył mi furtkę.
-Właź…
Przez drogę nie odezwał się do mnie ani słowem. Wyglądał, jakbym obudziła go w środku nocy. Miał małe, podkrążone oczy i niewyraźną twarz. Zawsze był blady, lecz dzisiaj wyjątkowo.
W mieszkaniu rozniosła się głośna muzyka. Moja matka w życiu nie pozwoliłaby mi słuchać tak głośno „depresyjnego darcia ryja”, więc skazana jestem na odbiór muzyki tylko przez odtwarzacz przenośny.
-Sąsiedzi z domku obok skarżą się na głośną muzykę. Oczerniają nas, że krótko po śmierci ojca już „balangujemy”, dobrze się bawimy i możemy rozsadzać głośniki. Tym czasem taka muzyka wyraża cząstkę mojej duszy; to ona daje mi siłę i pozwala się zatracić.
-Rozumiem cię. Co innego żałosne biesiady – lekkie i wesołe, co innego metal.
-Niestety pięćdziesięcioletnie sąsiadki tego nie zrozumieją. Dla nich metal to tylko chwalenie Szatana, muzyka dla matołów i idiotów mających coś z głową.
-Tak, sama w domu mam prawie pięćdziesięcioletnią kobietę, która sądzi identycznie.
-Matka?
-Matka.
-Z moją matką nie jest tak źle. Szanuje to, czego słucham. Sama zresztą słucha czegoś takiego, jak Guns’n Roses czy Black Sabbath. Jedynie młodsza siostra Zocha – toż to skandal w ludzkiej postaci! Nie wiem skąd ta dziewczynka się wzięła. Małe, wredne i cyniczne!
Brat Kreta to bardzo miły chłopak. Z pozoru twardziel, lecz w głębi serca jest wrażliwy. Czasem nawet aż zbyt bardzo – potrafi godzinami mówić, ile to niezrozumienia jest w tym świecie, ile chamstwa i kurewstwa. Rozumiem go, niedelikatność ludzka otacza mnie od każdej strony, ale… tego nie można zmienić w żaden sposób.
-Tu jest jego pokój. –powiedział Paweł i zostawił mnie, udając się po schodach na górę.
Zapukałam cicho, po czym nie słysząc „proszę”, weszłam. Kret siedział na podłodze i zajęty był rysowaniem jakiegoś portretu. Podeszłam bliżej, on nawet nie drgnął. Nie zauważył, że ktoś wszedł do jego królestwa pełnego rysunków. Jego pokój wyglądał jak galeria sztuk – nie do końca pięknych – lecz nie dla tego, że nie był wystarczająco utalentowany, lecz dlatego, iż dla wielu ludzi jego sztuka lub choćby jej część jest odrażająca i kontrowersyjna. Dla mnie jest czymś tajemniczym i fascynującym.
-Nie przeszkadzam?
Nie słyszał. Dotknęłam delikatnie jego ramienia. Momentalnie odskoczył wystraszony.
-O, kur…wybacz, ale wystraszyłaś mnie…
-Przyszłam oddać ci atlas. –oznajmiłam.
-Ale nie musisz mi go oddawać. Jak już jesteś…to może ci zrobię coś do picia?
-A nie przeszkadzam?
-Nie, nie…
Kret zniknął za drzwiami swojego pokoju. U księdza Przemka „coś do picia” zawsze oznacza czerwoną herbatkę Pu-Erh, jaką kocham. Kret przyniósł wielkie cappuccino ze śmietanką. Zamiast podziękować, zaczęłam majaczyć coś o kaloriach.
-Gorąca kawa dobrze zrobi na ten mróz. –powiedział Kret.
Patrzyłam, jak zaczyna delektować się kawą, mocząc nos w śmietanie. Kartkę z rysowanym portretem zwinął w rulon i włożył do szuflady. Miał w niej nienaganny porządek – zupełnie inaczej, niż ja – największy bałaganiarz świata. Chłopak miał mnóstwo kredek poukładanych wręcz pedantycznie od jasnych do ciemnych odcieni. Ołówki podobnie, od najtwardszych do najmiększych. Dziwiłam się, że chciało mu się bawić w takie segregowanie.
-Przepraszam, jeśli przeszkodziłam ci w…
-I tak miałem już kończyć.
W jego pokoju było gorąco – małe pomieszczenie i wysoka temperatura kaloryferów sprawiła, że zrobiło mi się duszno. Kret jednak tego nie poczuł. Ubrany był w gruby sweter i zimowe skarpetki. Powiedział, że najwidoczniej będzie chory, bo nie odczuwa ciepła.
W jednej chwili pozazdrościłam mu jego życia, jego rodziny i jego domu. On ma miłego brata Pawła – ja największego idiotę, jakiego matka mogła wydać na świat. Jego rodzicielka też w zupełności nie przypomina mojej. Nie jest tak konserwatywna, staroświecka i zasadnicza jak moja – drąca się o byle błahostkę. Traktuje mnie jak wyrzutka podrzuconego w szpitalu; w przeciwieństwie do Tomasza, który jest jej oczkiem w głowie.
-Kret, a… matka nie ma nic do tego, że rozwieszasz „takie” obrazki na ścianach?
-W sensie?
-Że nie udała się jeszcze z tobą do psychologa, by zbadał, czy masz coś z głową?
-Nie, niby dlaczego…
-No właśnie. Jeszcze powiedz, że podobają się jej te krwawe ilustracje; powiedz, że widzi w tym piękno.
-Nie wiem, czy widzi w nich piękno, ale na pewno nie wzbudzają w niej odrazy. Powiedziała kiedyś, że być może jestem psychiczny, lecz przez te nieschematyczne myślenie jestem oryginalny i robię ciekawe rzeczy.
Było widać, że przez setni zadawanych przeze mnie pytań, zrozumiał, że moja rodzicielka jest zupełnie inna. Spojrzał tak, jakby zrobiło się mnie żal.
-Paweł coś kiedyś mówił o twojej matce. Musisz czuć się, jak w więzieniu, którego pilnuje czuwający nad każdym twym krokiem dyktator. Na dodatek umieszczasz w jednej celi z więźniem, który podlizuje się dyktatorowi, a efekty swych wybryków przypisuje tobie. W konsekwencji sięga ci się większe manto i większy rygor.
-Nigdy nie wspominałam ci niczego o Tomaszu.
Byłam zdziwiona, jak dokładnie Kret zna moje miejsce w domowej hierarchii.
-Ty nie, ale Paweł wspominał. Zna tego małego gówniarza. Zresztą… czasem na mieście uda mi się spotkać, jak służy „szczerą pomocą” starym babinkom, a potem podśmiechuje się z jego kolegą, że podczas nieuwagi staruszki zwinął jest stówkę z portfela.
-Mój brat?
Wiedziałam, że jest głupi i wykorzystuje dla własnych celów ludzką naiwność, ale nie przypuszczałam, że ten „aniołek” byłby w stanie posunąć się do kradzieży.
-Twój brat. Tak, twój brat…
-Masz dla mnie jeszcze kilka szokujących informacji? –zapytałam, lecz z drugiej strony wolałam o nich nie wiedzieć.
-Nie, rzadko jestem na mieście, toteż nic ciekawego już o twoim bracie się nie dowiedziałem, ale…
-Ale?
-Ten ksiądz, no, jak mu tam? Nie ważne…
Momentalnie zrobiło mi się zimno w gardle. To już chyba jakiś nabyty odruch – na samo wspomnienie o NIM robi mi się dziwnie w środku.
-Wspominałaś mu o mnie?
-Ksiądz Przemek? –zapytałam tępo.
-Bodajże tak ma na imię…
-No…
-To było od razu po pogrzebie. Ty poszłaś już do domu. Zatrzymał mnie i zaczął przepraszać za zachowanie ludzi w kościele. Zaprosił na wspólną modlitwę; ja odmówiłem, grzecznie powiedziałem, że nie jestem wierzącym. Spojrzał na mnie takim jakby smutnym wzrokiem i zapytał czy chciałbym odnaleźć swoją wiarę. Nic nie odpowiedziałem. Bałem się, że gdy odpowiem „nie”, rozpłacze się. Gdy chciałem się szybko oddalić, powiedział, że ty możesz pomóc mi poczuć obecność Bożą.
-Mówił coś jeszcze?
-Nie, szybko poszedłem. On jest… jakimś porąbańcem. Nieistniejący Bóg przysłonił mi rozum. Najchętniej to chciałby, aby cały świat się nawrócił.
-Nie mów tak. On jest bardzo mądrym człowiekiem, a nie żadnym porąbańcem, jak to powiedziałeś.
Kret ironicznie się na mnie spojrzał. Ten wzrok wyrażał więcej, niż każde słowo. Dał mi do zrozumienia, że skoro tak uważam muszę być po prostu głupia i naiwna.
-O tak, „kochajcie Boga, bo Bóg kocha was!”. Jakie to piękne! Niech wielcy poeci napiszą książkę o tym wielkim i mądrym człowieku! Niech tworzą o nim pieśni, niech jego dobroć i mądrość ubierają słowem w piękne wiersze. Proszę, nie przerażaj mnie…
-To nie on chciałby zbierać pochwały. Jemu zależy na tym, by młodzi ludzie nie odwracali się od Boga. Z roku na rok rośnie liczna ludzi wyrzekających się. Dlaczego? Bo teraz królują media, wiara stała się niemodna i niewygodna. Boli go to ludzkie zaniedbanie i kpiny, jakie ludzi urządzają sobie z Pana Boga.
Dziwiłam się, że nasza rozmowa wciąż jest taka spokojna i że ani on, ani ja nie zademonstrowaliśmy ostrzejszej wymiany zdań. Ja nie skłonna jestem do kłótni, nie jestem pewna czy w ogóle umiem podnieść na kogoś głos. A Kret? On woli ironiczne docinki zachowane w iście spokojnym, kipiącym ironią tonie głosu. Z tego wynika, że burzy nie rozpętamy.
-Gówno prawda. – Tym kolokwialnym stwierdzeniem podsumował całość.
-Nie zabraniam ci mieć swoich przekonań, Kret… Nie musisz akceptować Boga i zgadzać się z księdzem Przemysławem, ale nie powinieneś głośno jęczeć, jaki to on jest pojebany. Skąd w tobie tyle nienawiści?
-Nie ma we mnie nienawiści. Skąd ty to wywnioskowałaś? –mówił tak, jakby za chwilę chciał wyciągnąć z kieszeni nóż i mnie zabić. Po raz pierwszy wystraszyłam się go. Dotychczas nie sądziłam, że „nudny kujon” byłby w stanie podciąć mi gardło.
-Cały czas ironicznie przygadujesz i dajesz mi do zrozumienia, że jestem głupia skoro wierzę…
-Tego nie powiedziałem. Nie będę cię za to nienawidził –to nie w mojej naturze. Mogę po prostu śmiać się z ciebie. Śmiać się z tego, że ten prymitywny dewota zrobił z ciebie prymitywną dewotkę, która nie potrafi odróżnić prawdy od dobrze sporządzonej ściemy.
-Ty go nie znasz. Nie tobie jest oceniać, czy jest prymitywem, czy też nie. Znam go lepiej i wiem, że ma bogate wnętrze…
-Jak dobrze go znasz? Skąd wiesz, jakie jest jego wnętrze?
-Z pewnością bogatsze od ciebie.
-A skąd ta pewność, że mnie znasz? Nie tobie jest mnie osądzać, Danuto…
-Kret… jakoś nie mam ochoty kontynuować tej rozmowy.
Nogi miałam jak z waty. Ubrałam kurtkę, wzięłam swój parasol i wyszłam z jego mieszkania.
-Ej, a ty czasem nie przyszłaś do mnie zesłana przez księdza z misją nawrócenia?
Słyszałam za sobą jego głos. Nie odpowiedziałam. Na szczęście furtka była otwarta –inaczej musiałabym jeszcze do niego dzwonić przez domofon, a tego raczej bym już nie wytrzymała.
-Na wieki wieków. Siadaj, zaparzę herbatkę. – pokazał gestem, że mam usiąść na mahoniowe krzesło i chwileczkę poczekać.
W pomieszczeniu, w którym piliśmy herbatę panował niezwykle przytulny nastrój. Nie było tu ani bogato, nie panował tu przepych. Na ścianach wisiały upolowane trofea w postaci łbów różnych zwierząt, na jakie polował ojciec księdza. Ściany prawie w całości okute były w drewno – pomieszczenie pasowało mi bardziej do leśnika, niż do duchownego.
-Widziałem, że byłaś na wczorajszym pogrzebie. Znałaś zmarłego? Był kimś dla ciebie? –zapytał i postawił na stole dwie filiżanki pełne gorącej herbaty.
-No, tak właściwie, o nie znałam go osobiście. To był ojciec mojego kolegi.
Spojrzał się tak, jakby oczekiwał, że powiem coś więcej. Ja natomiast nie wiedziałam, czy mam wdrążyć się głębsze szczegóły, czy księdza aż to tak bardzo nie interesuje. Gdy uznał, że nic więcej nie powiem, wziął był herbaty, po czym przeciągnął się na krześle. Odniosłam wrażenie, że jest znudzony.
-Tego kolegi, obok którego stałaś? –zapytał po chwili.
-Tak.
-Biedny chłopak. Ani matka nie przyszła na pogrzeb, ani rodzeństwo.
Byłam ciekawa skąd on wie o Krecie i jego rodzinie. Jednak postanowiłam nie pytać.
-Jego matka nie chciała patrzeć na to, zabroniła też jego młodszej siostrze, a brat? Brat nie wierzy w Boga, nienawidzi wszystkiego, co ma wspólnego z chrześcijaństwem. Zresztą… Kret to także ateista, ale nie obnosi się z nienawiścią. Przyszedł, bo to był w końcu jego ojciec.
-To chyba nie jest z niego taki zagorzały ateista?
Pytania księdza były dziwne. Odpowiadałam na nie niezbyt szczegółowo, ponieważ nie widziałam sensu w tłumaczeniu mu postawy Kreta i jego rodziny. Sama do końca nie znam tego człowieka; nie aż tak dobrze, by wiedzieć w ilu procentach nie wierzy.
-Może, gdy stracił ojca, uwierzył w istnienie Stwórcy?
Zignorowałam jego spekulacje. Udając zbyt „zajętą” na udzielenie odpowiedzi, przyłożyłam usta do pustego kubka i udałam, że piję.
-A może bał się nie iść?
Starałam się nie dać po sobie poznać skrępowania. Udawałam, że jego podejrzenia są tylko głośnymi myślami, a nie pytaniami, na które oczekiwał odpowiedzi ode mnie.
-Dziwię się, że mu się jeszcze nie zapytałaś.
Nie wytrzymałam. Czułam obowiązek powiedzenia mu czegoś, aby zakończyć ten temat.
-Moim zdaniem przyszedł na pogrzeb, ponieważ nikt z jego rodziny nie odważył się na to. Był bardzo związany z ojciec, uznał, że chociaż ktoś powinien być obecny na jego pochówku.
-Dla ateisty pogrzeb to tylko nic nie ważny rytuał odprawiany przez katolików – tę ciemną, ślepą ludzką masę, która wierzy w każdą przeczytaną w Biblii bzdurę. Nic zmarłemu już życia nie przywróci; będzie leżał pod ziemią niczym zakopana gałąź – nie zobaczy żadnego Boga, ani nie dozna życia wiecznego. Gdyby twój kolega był zdeklarowanym ateistą, nie przybył by na pogrzeb.
-Nie wiem, dlaczego jednak przybył i nie zależy mi na tym, by się dowiedzieć.
Patrzyłam jak Ks. Przemek cały czas bawi się rękoma. Wydawał się jakiś zmieszany, spięty.
Przez moment zrobiło się cicho. Po dosłownie kilku sekundach przerwał ją, przynosząc na stół zbożowe ciasteczka.
-Częstuj się. Smacznego.
- Dziękuję. –odparłam nieśmiało.
-Dość ładną dzisiaj pogodę mamy. – zmienił temat. – Gdyby jeszcze ten deszcz mógł się uspokoić, choć na jakiś czas.
Gdy mówił o czymś innym, jakby trochę się uspokajał. Silił się na uśmiech, a drżące w nerwowych trikach dłonie zajął jedzeniem ciasteczek.
-Dlaczego ksiądz tak się wypytywał o mojego kolegę?
Odważyłam się i zapytałam. Pytaniem ponownie zburzyłam jego stan umysłu. Ciszę i spokój, którą starał się wybudować, zamieniłam w chaos. Wyjął z ręki nagryzione ciasteczko i spojrzał się dziwnie. Dopiero po krótkim czasie wydobył się na sztuczny uśmiech.
-Ja… przepraszam. Nie powinienem wtrącać się w nieswoje sprawy.
-Znał ksiądz jego ojca?
-Nie, ja nawet nie widziałem człowieka na oczy. A nawet jeśli widziałem, nie wiedziałem, że to akurat on. Zrobić ci jeszcze jedną herbatkę?
-Nie, dziękuję –grzecznie odmówiłam. Ksiądz zapewne zmartwił się, bo stracił okazję, by oderwać się od tematu.
-A… ten chłopak… jest dużo starszy od ciebie?
-O rok.
-A wy jesteście…tylko przyjaciółmi?
-Skąd te pytanie? Moim zdaniem słowo „przyjaciele” to za wielkie określenie. Znam go, lecz to bardziej koleżeństwo, niż przyjaźń.
-Musi być mu bardzo ciężką z utratą ojca. Odwiedzaj go, dotrzymuj mu często towarzystwa, dodawaj otuchy i zawsze wspieraj. Może… obudzisz w nim miłość do Boga…
-Spróbuję. – powiedziałam, choć dokładnie zdawałam sobie sprawę, że ja jako pocieszycielka nie spełniam się najlepiej.
Odważyłam się do niego pójść, odwiedzić i porozmawiać. Padał deszcz, a ja byłam bez parasolki. Poszłam do domu, przy okazji wzięłam parasol.
Nie chciałam iść do Kreta bez konkretnego celu i potrzeby, więc wzięłam jego atlas geograficzny, jaki dawno od niego pożyczyłam z zamiarem oddania. Dopiero w drodze przypomniało mi się, że powiedział, że nie muszę mu go oddawać, bo w domu ma dziesiątki innych. Mimo tego wypadało oddać.
Z mojego do jego domu był dosyć spory kawałek drogi. Ja mieszkam na rynku niedaleko Kościoła, Kret natomiast na dole, na wybudowaniach. Jednak postanowiłam się przejść. Nigdy nie byłam w jego domu – jakoś nigdy nie miałam chęci, ani potrzeby, by się tam wybrać. Prawdę mówiąc znałam tylko ulicę i kolor budynku. Aha, zapomniałam o psie. Mieszka w domku jednorodzinnym, którego pilnuje flegmatyczny bokser.
Zebrawszy wszystkie informacje do kupy, metodą dedukcji, wytypowałam dom właściwy. Odnalazłam brązowo-oliwkowy dom ( a nie pistacjowy, jak mówił Kret), którego pilnował pies. Na mój widok zaczął głośno szczekać i biegając wokół bramy, zaznaczał swoją pozycję na tym terytorium. Chciał przegonić intruza, którym byłam ja.
Trzymając atlas w ręku, zadzwoniłam do domofonu, który znajdował się kapeńkę za bramą. Miałam wrażenie, że za chwilę warczący pies mi ją odgryzie, lecz sądząc po wielkiej nadwadze psa, zwątpiłam, czy byłby w stanie i w kondycji podskoczyć tak wysoko.
-Halo? - odezwał się ktoś z domofonu.
-Ja do Kreta. – powiedziałam.
-Już, już. Poczekaj tylko chwileczkę. Wyjdę i zamknę psa.
Chwilę później wyszedł brat Kreta – Paweł- i zamknął buldoga w garażu. Był przygnębiony i smutny, a przygnębienie do tego chłopaka było niepodobne. „Prawa ręka samego Szatana” był wiecznie uśmiechniętym, czasem aż świrniętym chłopakiem. W jego niebieskich oczach zawsze tańczyły iskierki szczęścia – teraz jakby zgasły. Przywitał się ze mną, wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył mi furtkę.
-Właź…
Przez drogę nie odezwał się do mnie ani słowem. Wyglądał, jakbym obudziła go w środku nocy. Miał małe, podkrążone oczy i niewyraźną twarz. Zawsze był blady, lecz dzisiaj wyjątkowo.
W mieszkaniu rozniosła się głośna muzyka. Moja matka w życiu nie pozwoliłaby mi słuchać tak głośno „depresyjnego darcia ryja”, więc skazana jestem na odbiór muzyki tylko przez odtwarzacz przenośny.
-Sąsiedzi z domku obok skarżą się na głośną muzykę. Oczerniają nas, że krótko po śmierci ojca już „balangujemy”, dobrze się bawimy i możemy rozsadzać głośniki. Tym czasem taka muzyka wyraża cząstkę mojej duszy; to ona daje mi siłę i pozwala się zatracić.
-Rozumiem cię. Co innego żałosne biesiady – lekkie i wesołe, co innego metal.
-Niestety pięćdziesięcioletnie sąsiadki tego nie zrozumieją. Dla nich metal to tylko chwalenie Szatana, muzyka dla matołów i idiotów mających coś z głową.
-Tak, sama w domu mam prawie pięćdziesięcioletnią kobietę, która sądzi identycznie.
-Matka?
-Matka.
-Z moją matką nie jest tak źle. Szanuje to, czego słucham. Sama zresztą słucha czegoś takiego, jak Guns’n Roses czy Black Sabbath. Jedynie młodsza siostra Zocha – toż to skandal w ludzkiej postaci! Nie wiem skąd ta dziewczynka się wzięła. Małe, wredne i cyniczne!
Brat Kreta to bardzo miły chłopak. Z pozoru twardziel, lecz w głębi serca jest wrażliwy. Czasem nawet aż zbyt bardzo – potrafi godzinami mówić, ile to niezrozumienia jest w tym świecie, ile chamstwa i kurewstwa. Rozumiem go, niedelikatność ludzka otacza mnie od każdej strony, ale… tego nie można zmienić w żaden sposób.
-Tu jest jego pokój. –powiedział Paweł i zostawił mnie, udając się po schodach na górę.
Zapukałam cicho, po czym nie słysząc „proszę”, weszłam. Kret siedział na podłodze i zajęty był rysowaniem jakiegoś portretu. Podeszłam bliżej, on nawet nie drgnął. Nie zauważył, że ktoś wszedł do jego królestwa pełnego rysunków. Jego pokój wyglądał jak galeria sztuk – nie do końca pięknych – lecz nie dla tego, że nie był wystarczająco utalentowany, lecz dlatego, iż dla wielu ludzi jego sztuka lub choćby jej część jest odrażająca i kontrowersyjna. Dla mnie jest czymś tajemniczym i fascynującym.
-Nie przeszkadzam?
Nie słyszał. Dotknęłam delikatnie jego ramienia. Momentalnie odskoczył wystraszony.
-O, kur…wybacz, ale wystraszyłaś mnie…
-Przyszłam oddać ci atlas. –oznajmiłam.
-Ale nie musisz mi go oddawać. Jak już jesteś…to może ci zrobię coś do picia?
-A nie przeszkadzam?
-Nie, nie…
Kret zniknął za drzwiami swojego pokoju. U księdza Przemka „coś do picia” zawsze oznacza czerwoną herbatkę Pu-Erh, jaką kocham. Kret przyniósł wielkie cappuccino ze śmietanką. Zamiast podziękować, zaczęłam majaczyć coś o kaloriach.
-Gorąca kawa dobrze zrobi na ten mróz. –powiedział Kret.
Patrzyłam, jak zaczyna delektować się kawą, mocząc nos w śmietanie. Kartkę z rysowanym portretem zwinął w rulon i włożył do szuflady. Miał w niej nienaganny porządek – zupełnie inaczej, niż ja – największy bałaganiarz świata. Chłopak miał mnóstwo kredek poukładanych wręcz pedantycznie od jasnych do ciemnych odcieni. Ołówki podobnie, od najtwardszych do najmiększych. Dziwiłam się, że chciało mu się bawić w takie segregowanie.
-Przepraszam, jeśli przeszkodziłam ci w…
-I tak miałem już kończyć.
W jego pokoju było gorąco – małe pomieszczenie i wysoka temperatura kaloryferów sprawiła, że zrobiło mi się duszno. Kret jednak tego nie poczuł. Ubrany był w gruby sweter i zimowe skarpetki. Powiedział, że najwidoczniej będzie chory, bo nie odczuwa ciepła.
W jednej chwili pozazdrościłam mu jego życia, jego rodziny i jego domu. On ma miłego brata Pawła – ja największego idiotę, jakiego matka mogła wydać na świat. Jego rodzicielka też w zupełności nie przypomina mojej. Nie jest tak konserwatywna, staroświecka i zasadnicza jak moja – drąca się o byle błahostkę. Traktuje mnie jak wyrzutka podrzuconego w szpitalu; w przeciwieństwie do Tomasza, który jest jej oczkiem w głowie.
-Kret, a… matka nie ma nic do tego, że rozwieszasz „takie” obrazki na ścianach?
-W sensie?
-Że nie udała się jeszcze z tobą do psychologa, by zbadał, czy masz coś z głową?
-Nie, niby dlaczego…
-No właśnie. Jeszcze powiedz, że podobają się jej te krwawe ilustracje; powiedz, że widzi w tym piękno.
-Nie wiem, czy widzi w nich piękno, ale na pewno nie wzbudzają w niej odrazy. Powiedziała kiedyś, że być może jestem psychiczny, lecz przez te nieschematyczne myślenie jestem oryginalny i robię ciekawe rzeczy.
Było widać, że przez setni zadawanych przeze mnie pytań, zrozumiał, że moja rodzicielka jest zupełnie inna. Spojrzał tak, jakby zrobiło się mnie żal.
-Paweł coś kiedyś mówił o twojej matce. Musisz czuć się, jak w więzieniu, którego pilnuje czuwający nad każdym twym krokiem dyktator. Na dodatek umieszczasz w jednej celi z więźniem, który podlizuje się dyktatorowi, a efekty swych wybryków przypisuje tobie. W konsekwencji sięga ci się większe manto i większy rygor.
-Nigdy nie wspominałam ci niczego o Tomaszu.
Byłam zdziwiona, jak dokładnie Kret zna moje miejsce w domowej hierarchii.
-Ty nie, ale Paweł wspominał. Zna tego małego gówniarza. Zresztą… czasem na mieście uda mi się spotkać, jak służy „szczerą pomocą” starym babinkom, a potem podśmiechuje się z jego kolegą, że podczas nieuwagi staruszki zwinął jest stówkę z portfela.
-Mój brat?
Wiedziałam, że jest głupi i wykorzystuje dla własnych celów ludzką naiwność, ale nie przypuszczałam, że ten „aniołek” byłby w stanie posunąć się do kradzieży.
-Twój brat. Tak, twój brat…
-Masz dla mnie jeszcze kilka szokujących informacji? –zapytałam, lecz z drugiej strony wolałam o nich nie wiedzieć.
-Nie, rzadko jestem na mieście, toteż nic ciekawego już o twoim bracie się nie dowiedziałem, ale…
-Ale?
-Ten ksiądz, no, jak mu tam? Nie ważne…
Momentalnie zrobiło mi się zimno w gardle. To już chyba jakiś nabyty odruch – na samo wspomnienie o NIM robi mi się dziwnie w środku.
-Wspominałaś mu o mnie?
-Ksiądz Przemek? –zapytałam tępo.
-Bodajże tak ma na imię…
-No…
-To było od razu po pogrzebie. Ty poszłaś już do domu. Zatrzymał mnie i zaczął przepraszać za zachowanie ludzi w kościele. Zaprosił na wspólną modlitwę; ja odmówiłem, grzecznie powiedziałem, że nie jestem wierzącym. Spojrzał na mnie takim jakby smutnym wzrokiem i zapytał czy chciałbym odnaleźć swoją wiarę. Nic nie odpowiedziałem. Bałem się, że gdy odpowiem „nie”, rozpłacze się. Gdy chciałem się szybko oddalić, powiedział, że ty możesz pomóc mi poczuć obecność Bożą.
-Mówił coś jeszcze?
-Nie, szybko poszedłem. On jest… jakimś porąbańcem. Nieistniejący Bóg przysłonił mi rozum. Najchętniej to chciałby, aby cały świat się nawrócił.
-Nie mów tak. On jest bardzo mądrym człowiekiem, a nie żadnym porąbańcem, jak to powiedziałeś.
Kret ironicznie się na mnie spojrzał. Ten wzrok wyrażał więcej, niż każde słowo. Dał mi do zrozumienia, że skoro tak uważam muszę być po prostu głupia i naiwna.
-O tak, „kochajcie Boga, bo Bóg kocha was!”. Jakie to piękne! Niech wielcy poeci napiszą książkę o tym wielkim i mądrym człowieku! Niech tworzą o nim pieśni, niech jego dobroć i mądrość ubierają słowem w piękne wiersze. Proszę, nie przerażaj mnie…
-To nie on chciałby zbierać pochwały. Jemu zależy na tym, by młodzi ludzie nie odwracali się od Boga. Z roku na rok rośnie liczna ludzi wyrzekających się. Dlaczego? Bo teraz królują media, wiara stała się niemodna i niewygodna. Boli go to ludzkie zaniedbanie i kpiny, jakie ludzi urządzają sobie z Pana Boga.
Dziwiłam się, że nasza rozmowa wciąż jest taka spokojna i że ani on, ani ja nie zademonstrowaliśmy ostrzejszej wymiany zdań. Ja nie skłonna jestem do kłótni, nie jestem pewna czy w ogóle umiem podnieść na kogoś głos. A Kret? On woli ironiczne docinki zachowane w iście spokojnym, kipiącym ironią tonie głosu. Z tego wynika, że burzy nie rozpętamy.
-Gówno prawda. – Tym kolokwialnym stwierdzeniem podsumował całość.
-Nie zabraniam ci mieć swoich przekonań, Kret… Nie musisz akceptować Boga i zgadzać się z księdzem Przemysławem, ale nie powinieneś głośno jęczeć, jaki to on jest pojebany. Skąd w tobie tyle nienawiści?
-Nie ma we mnie nienawiści. Skąd ty to wywnioskowałaś? –mówił tak, jakby za chwilę chciał wyciągnąć z kieszeni nóż i mnie zabić. Po raz pierwszy wystraszyłam się go. Dotychczas nie sądziłam, że „nudny kujon” byłby w stanie podciąć mi gardło.
-Cały czas ironicznie przygadujesz i dajesz mi do zrozumienia, że jestem głupia skoro wierzę…
-Tego nie powiedziałem. Nie będę cię za to nienawidził –to nie w mojej naturze. Mogę po prostu śmiać się z ciebie. Śmiać się z tego, że ten prymitywny dewota zrobił z ciebie prymitywną dewotkę, która nie potrafi odróżnić prawdy od dobrze sporządzonej ściemy.
-Ty go nie znasz. Nie tobie jest oceniać, czy jest prymitywem, czy też nie. Znam go lepiej i wiem, że ma bogate wnętrze…
-Jak dobrze go znasz? Skąd wiesz, jakie jest jego wnętrze?
-Z pewnością bogatsze od ciebie.
-A skąd ta pewność, że mnie znasz? Nie tobie jest mnie osądzać, Danuto…
-Kret… jakoś nie mam ochoty kontynuować tej rozmowy.
Nogi miałam jak z waty. Ubrałam kurtkę, wzięłam swój parasol i wyszłam z jego mieszkania.
-Ej, a ty czasem nie przyszłaś do mnie zesłana przez księdza z misją nawrócenia?
Słyszałam za sobą jego głos. Nie odpowiedziałam. Na szczęście furtka była otwarta –inaczej musiałabym jeszcze do niego dzwonić przez domofon, a tego raczej bym już nie wytrzymała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz