W domu, wróciwszy z odwiedzin u Kreta, przez niecałe dwie godziny siedziałam w kącie między szafą, a tapczanem i myślałam o księdzu Przemku. Otworzyłam swój umysł, by różne myśli z prędkością światła mogły tam wlecieć i się zakwaterować. Były one przeróżne – czasami zupełnie idiotyczne, głupie. W sekundę setki myśli przelatywały przez mój biedny mózg – robiły tam mętlik, zamęt, aż w końcu po dwóch godzinach, prawdziwy chaos. Czego one dotyczyły? Przeważnie były to refleksje po dzisiejszej wizycie u Kreta, spostrzeżenia na temat jego zachowania i oczywiście spostrzeżenia dotyczące księdza. Cieszyłam się jednak, że mój mózg potrafił wśród panującego w nim chaosu szybko wyeliminować najgłupsze z moich myśli i wyrzucić je w niepamięć.
„Och, Danuto, czy ty przypadkiem GO nie kochasz? Inaczej byś tak nie wariowała, nie czułabyś dreszczy na jego widok i nie zbulwersowałyby cię aż tak słowa krytyki pod jego adresem, jakie zasłyszałaś od swojego kolegi.”
Znowu! Ciekawa jestem skąd one się biorą?! Czy to ktoś je na mnie zsyła? Czy leżą one głęboko w mojej podświadomości i wychodzą w słabszych, bezradnych chwilach?
Niektóre rzeczy, które z pozoru wiedziałam od dawna, obudziły się we mnie dopiero dzisiaj –takie zwykłe błahostki: Kret ma ładne oczy, jego nos jest śmieszny, podobny do Króla Popu, moja matka łudząco podobna jest do psa sąsiadki, tylko zielone poduszki są dobre do spania, Kret ma ładne…to już było! Takie piękne, brązowe niczym ksiądz Przemek.
Głupoty trwale zadomawiają się w mózgu. Nie ma rady, aby się przed nimi ustrzec i przed nimi ochronić. Pomyślę sobie coś głupiego, potem wstydzę się sama przed sobą i idiotycznie podśmiechuję się pod nosem, albo chowam twarz w ulubioną zieloną poduszkę, by czasami nie narażać na ten głupi widok biednego Pana Boga. Z reguły niedługo po tym wracam do normalności, a mój stan umysłu się poprawia.
Słyszałam, jak na korytarzy krząta się matka, szukając swoich kapci. Słyszałam głośne chrapanie zmęczonego po pracy ojca. Słyszałam zza ściany okrzyki zafascynowanego grą komputerową Tomasza. Słyszałam oznaki nadejścia nocy –oni wszyscy przed jej nadejściem codziennie zachowują się tak samo. Tylko ja wiedziałam, że dzisiaj tak prędko nie usnę; zbyt wiele rzeczy to przeanalizowania. Zbyt wiele…
Wyciągnęłam z szafki książeczkę do nabożeństwa i postanowiłam nie tracić czasu na głupoty, lecz na modlitwę. Najlepsza modlitwa jest w ciszy, gdy jest obok mnie ksiądz Przemek. Wtedy czuję, że Bóg mnie słucha i ze mną rozmawia. Gdy jestem sama…nie czuję aż tak tej cudownej bożej obecności. Moje myśli koncentrują się na zupełnie innych rzeczach. Myślę, co będę robić jutro, przypominam sobie o zdaniach domowych i o czekających mnie sprawdzianach. Bóg schodzi na drugi plan.
Dzięki temu wiem, że potrzebuję go. Chcę, aby nauczył mnie się modlić. I żeby mnie przytulił. Tak, taka mała niecodzienna prośba. Tylko dzisiaj. Mogłabym nawet jeszcze dzisiaj do niego pójść, ale nie chcę narzucać mu się o tej porze.
Nazajutrz w szkole było okropnie. Na pierwszej matmie dostałam pałę za sprawdzian, w którym wiązałam nadzieję na choćby jedną dobrą ocenę z tego przedmiotu. Nadzieja okazała się klapą – wpadła kolejna z rzędu jedynaczka. Na polskim zamiast skupić się na zadanej pracy myślałam o księdzu. Po męczących 45 minutach, głupiutki Sławek wezwał mnie do siebie.
-Kreta nie ma? –zapytałam, nie widząc go nigdzie w pobliżu.
-Jest, ale poszedł na chwilę do chemiczki. Zaraz przyjdzie.
Radość z powodu jego rzekomej nieobecności minęła, gdy Sławek niczego nieświadomy ogłosił, że Kret jest w szkole. Nie miałam ochoty się na niego patrzeć, czuć na sobie jego wzroku wyrażającego litość nad tak godną pogardy osobą, jak ja. Nie byłam na niego zdenerwowana, lecz znieść nie mogłam, że ma on mnie za idiotkę, którą zniszczyła „zbawienna moc żenującego księdza”.
-Hej. – rzucił na powitanie, po czym ściągnął plecak i na niego usiadł, jakby zmęczony. –Jak ci lekcje mijają? – zapytał, bo zapewne nie wiedział, co powiedzieć, by nie pomyślała, że jesteśmy „pokłóceni”.
-Koszmarnie. Lufa z królowej nauk. –powiedziałam bez entuzjazmu.
-Znowu?
-No, to już ostatnio norma.
Zawsze rozgadany Sławek dziś zajęty był tworzeniem ściąg na geografię, więc niestety nie podtrzymywał rozmowy. Musiałam rozmawiać tylko z Kretem.
-A…pewnie się ucieszysz. Zgadnij kto przyjdzie do ciebie na zastępstwo? Babka od religii wzięła chorobowe, zastąpi ją twój kochany Przemuś.
-Skąd to ci wiadomo?
-Słyszałem, jak w pokoju nauczycielskim plotkowali.
Byłam w szoku. W bardzo miłym szoku. Po raz pierwszy zobaczyłam go niegdyś na zastępstwie. Katechetka była chora, więc zastąpił ją nowy ksiądz wikariusz. Prowadził ciekawą konwersację z pustymi ludźmi z mojej klasy – wtedy też mnie zaintrygował i zafascynował swoimi poglądami. Nie poznałabym tego cudownego człowieka, gdyby nie to zastępstwo.
Z utęsknieniem czekałam na ostatnią lekcję, którą była właśnie religia. Nawet z mniejszym bólem zniosłam dwie pod rząd lekcje wychowania fizycznego, z których radzę sobie niczym niewidoma, głucha niemowa na wózku inwalidzkim. Stałam jak zawsze na bramce i kompletnie olewałam sobie głupie docinki moich „kochanych koleżanek”. Szczęście do mnie się uśmiechnęło, bo nie wpuszczałam tylu piłek do mojej bramki.
To on dawał mi siłę. To myśl o nim pozwalała mi przeżyć te koszmarne lekcje: dwa w-f’y, na których robię z siebie ofiarę, historię, na której Wawrzyniak niespodziewanie wziął mnie do odpowiedzi (wydukałam ledwo na słabą dwójkę), język niemiecki, na którym moja germanistka powiedziała, że dziś żyję w innym świecie i nie potrafię skupić się na lekcji i najgorszą chemię, podczas której dostałam dwie niedostateczne.
Religia –ostatnia lekcja miała być przyjemnym, bezstresowym zakończeniem tego wyjątkowo koszmarnego dnia w szkole. Głos księdza Przemka jest bardzo odprężający po siedmiu okropnych godzinach. Klasa Kreta skończyła już lekcje. Na przerwie więc czekałam sama, podczas gdy inni na głos komentowali nową, tragiczną fryzurę babki od polskiego, za ciasne portki matematyczki lub „pedalskość” Sławka, który został jeszcze na zajęciach wyrównawczych.
Dzwonek na lekcje już zadzwonił, a księdza Przemka nadal nie było. Zjawił się po pięciu minutach i dał klucz do klasy pierwszej osobie z rzędu.
Uśmiechnęłam się do niego, lecz zapewne mnie nie zauważył. Szedł szybkim krokiem po schodach prowadzących do sali, w której mamy religie. Wspaniałomyślny Adrian – jeden z najgorszych klasowych debili, chichocząc pod nosem próbował nadepnąć na jego długą, czarną sutannę, aby ksiądz się „wyjebał”, mówiąc nieładnie, w potocznym języku. Na szczęście szybki krok księdza wyprzedził zamiary stopy Adriana.
Słuchałam, jak ksiądz Przemek z wielką cierpliwością znosi głupie docinki chłopaków. Otworzył dziennik i zaczął coś w nim pisać.
-Nie będę sprawdzał obecności, bo ufam, że wszyscy są i nikt nie spędza ostatniej lekcji w domu. –powiedział, po czym rzucił okiem na uczniów –Widzę puste ławki.
Spojrzał jeszcze raz w dziennik.
-Jeszcze na chemii byliście prawie w komplecie. No, za wyjątkiem dwóch uczniów, którzy pewnie chorują, bo nie ma ich w szkole od kilku dni. Widzę, że niektórzy nie wytrzymali i czmychnęli. Raz, dwa…jest was osiemnastu, na trzydziestu –odjąć dwóch nieobecnych przez cały dzień – dwudziestu ośmiu – równa dziesiątka poszła w las.
-Oni są na papierosku proszę pa…księdza – odezwał się gruby Krzychu i zaśmiał się niczym koń. Momentalnie połowa zaczęła się także śmiać, lecz ze śmiechu Krzycha.
-Znaczy, że mają zamiar uraczyć mnie swą obecnością, czy nie ma na to szans?
-Nie wiem, chyba już nie.
-Aha, rozumiem.
Siedziałam sama w ostatniej ławce, sporo oddalonej od biurka nauczyciela. Przez to nie mogłam dokładnie go widzieć; zasłaniały mi dwa rosłe imbecyle, a mój dość lichy wzrok z tak daleka nie mógł dostrzec pięknych, głębokich oczu księdza Przemka.
W klasie zapanowała cisza. Ksiądz siedząc za biurkiem, pisał coś, jakby kompletnie zapominając o powinności nauczyciela.
-Ale nuda! –ziewnął sztucznie Adrian. –Chcę się ubawić! Mam do księdza jedno pytanie. Jest ksiądz prawiczkiem?
W jednej chwili znów wszyscy zaczęli się śmiać.
-A ja myślisz?
-Jestem pewien, że tak!
-Skoro jesteś pewien, to po co się pytasz? Twoja pewność przecież nigdy nie zawodzi. Pytaj się jej, a nie mnie.
-To jest ksiądz, czy nie?
-A nie chciałbyś dołączyć do kolegów, którzy są na papierosku?
-Chciałbym. –odparł głupi Adrian.
-To na co czekasz? Dołącz do nich.
-Ale przecież pan…ksiądz mnie nie puści, bo jest lekcja.
-Jesteś pewien?
-No, kurwa, przecież mówię!
-Spakuj się, wyjdź z klasy i dołącz do kolegów. Twoja pewność jednak się pomyliła.
-Ja pierdolę, ale jaja! To ja bardzo dziękuję, dowidzenia.
-Ktoś jeszcze chce wyjść z lekcji?
Siedzący przede mną imbecyle wstali, założyli plecaki na plecy i wyszli. Wraz z nimi zabrało się również paru innych i dwie najbardziej wyszczekane gówniary. Liczebność klasy natychmiastowo zmalała, ale za to widzialność jego oczu wzrosła, przez wyeksmitowanie dwóch chłopaków, którzy siedzieli przede mną. W małej grupie zaczęliśmy przerabiać nowy temat. Dopiero wtedy ksiądz się do mnie uśmiechnął.
Po skończonej lekcji zaprosił mnie na herbatkę. Opowiadał o tym, że młodzież z roku na rok staje się coraz bardziej chamska i nie potrafi nikomu okazać, choćby najmniejszego szacunku. Powiedział, że podziwia mnie, że wytrzymuje z dokuczającymi chłopakami i laseczkami mającymi zamiast mózgu siano w głowie.
-Sama siebie podziwiam. W dzisiejszym świecie trudno jest znaleźć osobę, z którą można by było poważnie porozmawiać. Wszyscy tylko o dyskotekach, podrywach i oczywiście o seksie – jakby inaczej. Wartości takie, jak miłość, przyjaźń, zaufanie prawie wyginęły. Ludzie nie robią niczego, z czego nie czerpaliby korzyści. Skoro miłość, to musi być i seks – choć nie zawsze –czasem jest seks, a nie ma miłości, albo jest…ta fałszywa, wyimaginowana. Albo też po prostu mówiąc kocham, kochają ciało swojego partnera lub partnerki, a nie jego wnętrze. A gdy czas przemija, bądź pojawia się niechciane dziecko, odchodzą, a miłość ulatuje, ponieważ tak ukochane ciało nie jest już tak ukochane.
Czasem wygadanie czegoś, co od dawna leżało na sercu, przynosi wielką, niesamowitą ulgę. Robi się, jakby lżej na duszy.
-Masz rację. I dlatego zostałem księdzem. –zaśmiał się, popijając łyk gorącej czerwonej herbaty. –Nie, oczywiście żartuję.
-A…właśnie! Jeśli można wiedzieć to, co księdza skłoniło do podjęcia takiej decyzji?
-Czułem swoje powołanie. Bóg był jedyną osobą, dla której byłem gotów poświęcić całe swe życie –dopowiedział krótko. –Tylko nie mów, że zmarnowałem sobie szansę na miłość, żonę, dzieci, bo cała moja rodzina wciąż mi to powtarza. Moi rodzice nie byli za tym, bym został księdzem. Jestem jedynakiem, ich jedynym synem, który według marzeń mamy miał uszczęśliwić ją trojgiem wnucząt. Czasem czuję, że ją skrzywdziłem. Nigdy już nie zostanie szczęśliwą babcią, robiącą sweterki na drutach dla swoich wnuków. Gdy powiedziałem jej, jak zamierzam spędzić swoją przyszłość, robiła wszystko, by odwieść mnie od swoich planów. Rozpłakała się, gdy zdecydowałem się iść na studia. Jeszcze bardziej płakała, kiedy ujrzała mnie w sutannie odprawiającego mszę po raz pierwszy w mym rodzinnym mieście. –zrobił małą przerwę, by napić się herbaty –Ale…to była moja decyzja. Nie żałuję jej, choć było ciężko patrzeć na rozpacz mojej mamy. Z pełnej życia, radosnej kobiety zamieniła się w smutną ,przygnębioną kobiecinę, dla której życie straciło swój sens. Przez kilka lat jej twarz zszarzała i postarzała się. Przestała o siebie dbać, strasznie schudła. Ma dopiero 54 lata, a uważa, że jest zbyt stara, by z godnością żyć na tym świecie.
-A myśli ksiądz, czy Pan Bóg nie chciałby, żeby ksiądz był przy matce? Tak samo można kochać Boga i otrzymywać od niego tę samą miłość będąc księdzem, jak i osobą świecką.
-Nie rozumiesz…
-Tak samo można służyć Bogu w Kościele, jak i w domu. Pozostając przy matce, nie skrzywdziłby jej ksiądz.
-Ale ona chciała wnucząt! To było jej największe marzenie! Gdybym nie został duchownym, biedna kobieta żyłaby w błędnej nadziei, że kiedyś nastanie ten czas, że doczeka się ich! Przez te wszystkie lata czułbym się fatalnie! Ta jak wypatrywanie jabłek na gruszy –niemożliwe! Ja nie mogę mieć dzieci. Ona o tym nie wie, cały czas miałaby nadzieję, że która i tak nigdy nie mogłaby się spełnić. Zostałem księdzem –zrobiłem lepiej dla niej, jak i dla mnie. Ona wpadła w rozpacz, utraciła tę cholerną nadzieję, jaka dla mnie była taka bolesna.
-Ja…przepraszam, nie wiedziałam o tym. Ma ksiądz rację; złudna nadzieja jest gorsza od rozpaczy.
Coś we mnie pękło. Łzy poleciały, a ja dokładnie nie wiedziałam, jaki jest tego konkretny powód. robiłam wszystko, by on ich nie zauważył. Próbowałam zrozumieć te wewnętrzne rozbicie – nie było ono spowodowane jego historią, tylko…no właśnie, tylko czym?
-Ale… się smutno zrobiło, co? –odezwał się swym ciepłym głosem. –Zrobiłem dzisiaj własnej roboty rogaliki z marmoladą. Mam nadzieję, że skusisz się, by wypróbować moich kulinarnych możliwości?
-Oczywiście. –powiedziałam. Jakby poczułam się trochę lepiej. Smutek był, lecz widząc jego uśmiech i słysząc radośniejszy ton głosu, oddalał się.
Przyniósł pełną tackę pachnących, apetycznych małych rogalików polanych czekoladowym lukrem. Wyglądały naprawdę uroczo –aż żal było je zjeść.
-Częstuj się. –powiedział, sam biorąc do ust jednego. Patrzyłam, jak powoli, wręcz flegmatycznie, go przeżuwa. Widać, że delektował się smakiem. Pilnowałam się, by powstrzymać swą zachłanność, zajadając się smakowitymi rogalikami.
-Są przepyszne. –skomentowałam jego wypieki.
-Dziękuję. Będąc szczery, to ja na pierwszy raz wyszły całkiem dobrze. A ty…Danusiu, pewnie zastanawiałaś się już, co chcesz robić w przyszłości?
-Właściwie to jeszcze sama nie wiem. –odpowiedziałam na jedno z najbardziej irytujących mnie pytań. –Myślenie o przyszłości jest bardzo nieprzyjemne.
Nie chciałam dłużej ciągnąć rozmowy o mojej przyszłości
-Rozumiem. Ja w twoim wieku też nie bardzo lubiłem dymać nad tym tematem. Miałem iść za lekarza – to była chora aspiracja mojej matki, lecz ja bałem się krwi, a szpital kojarzył mi się z jakąś umieralnią, a nie z miejscem, gdzie leczy się ludzi. Nie przyjmowałem do wiadomości, że zawód do mój wybór i mogę nie iść na studia medyczne, jeżeli tego nie chcę. Cieszyłem się każdą chwilą, gdy nie musiałem myśleć o byciu lekarzem. W końcu nie wytrzymałem i nauczyłem się mieć własne zdanie i dążyć do przez siebie wyznaczonych celów, a nie do tych, które zostały mi wyznaczone przez otoczenie.
-Według matki mi przypisane jest bycie sędziną. Nigdy w życiu! Nie znoszę prawa. Nie jestem na tyle obiektywna, by wydawać wyroki, skazywać ludzi.
-Tak, owszem, czasem prawo jest bezwzględne. To nie człowiek ma wydawać wyroki. Może to robić jedynie Pan Bóg, bo tylko on zna każdego człowieka z osobna i wie, czy zasługuje on na przebaczenie, czy też nie. Ta „zabawa w Boga” czasem jest aż chora; człowiek nie może słuchać głosu serca, lecz opierać się na kodeksie prawnym. Nie twierdzę, że nie powinno być sądów. Do pierdla trafiać powinni ludzie, którzy stanowią zagrożenie dla innych, którzy bezczelnie popełniają przestępstwo, nawet tego nie żałując. To absurd, by tak samo karać bezwzględnego mordercę, jak na przykład matkę, która w przypływie chwili zabije faceta, który próbował skrzywdzić ją lub jej dziecko.
-Ja…już muszę iść. Będzie krzyk w domu, gdy matka wróci z pracy, a mnie jeszcze nie zastanie. –przypomniało mi się, że o 17.30 moja matka wraca z poczty, a ja zasiedziałam się u księdza.
Pożegnałam się z nim i wyszłam. Za każdym razem żal jest mi się z nim żegnać. Pocieszam się zawsze faktem, że, jak nie jutro, to pojutrze, znów przyjdę na pyszną herbatkę do księdza Przemka.
Z każdym spotkaniem, rozmową staje się dla mnie coraz bardziej bliski, coraz więcej o nim wiem i upewniam się, że jest wspaniałym człowiekiem. Moje oczy zawsze cieszą się na jego widok, na twarzy pojawia się uśmiech, a w sercu, jakby lepiej.
Szłam przez miasto. Wiatr bawił się moimi włosami się moimi włosami, unosząc niesforne kędziorki na wszystkie strony świata. Cały czas odgarniałam je z twarzy , by czasem nie wpaść na jakiś znak czy przechodnia. Przed oczyma miałam jego twarz; jakby stał tuż obok mnie. Uśmiechał się do mnie tak słodko, że musiałam odwzajemnić jego uśmiech, mimo że było to tylko złudzenie. Zwykłe zwidy robiły ze mnie idiotkę. Pobudzały wyobraźnie. Sama dziwiłam się, bo nie przypuszczałam, że kiedykolwiek mogłabym mieć tak głupie myśli, związane oczywiście z Nim. Czy stało się to, czego bałam się najbardziej?! Czy rzeczywiście zostało to zdiagnozowane przez moje biedne serce? Jeśli tak, to jak się leczyć, by się wyleczyć? Jak chociaż złagodzić objawy?