poniedziałek, 30 sierpnia 2010

4.


W domu, wróciwszy z odwiedzin u Kreta, przez niecałe dwie godziny siedziałam w kącie między szafą, a tapczanem i myślałam o księdzu Przemku. Otworzyłam swój umysł, by różne myśli z prędkością światła mogły tam wlecieć i się zakwaterować. Były one przeróżne – czasami zupełnie idiotyczne, głupie. W sekundę setki myśli przelatywały przez mój biedny mózg – robiły tam mętlik, zamęt, aż w końcu po dwóch godzinach, prawdziwy chaos. Czego one dotyczyły? Przeważnie były to refleksje po dzisiejszej wizycie u Kreta, spostrzeżenia na temat jego zachowania i oczywiście spostrzeżenia dotyczące księdza. Cieszyłam się jednak, że mój mózg potrafił wśród panującego w nim chaosu szybko wyeliminować najgłupsze z moich myśli i wyrzucić je w niepamięć.
„Och, Danuto, czy ty przypadkiem GO nie kochasz? Inaczej byś tak nie wariowała, nie czułabyś dreszczy na jego widok i nie zbulwersowałyby cię aż tak słowa krytyki pod jego adresem, jakie zasłyszałaś od swojego kolegi.”
Znowu! Ciekawa jestem skąd one się biorą?! Czy to ktoś je na mnie zsyła? Czy leżą one głęboko w mojej podświadomości i wychodzą w słabszych, bezradnych chwilach?
Niektóre rzeczy, które z pozoru wiedziałam od dawna, obudziły się we mnie dopiero dzisiaj –takie zwykłe błahostki: Kret ma ładne oczy, jego nos jest śmieszny, podobny do Króla Popu, moja matka łudząco podobna jest do psa sąsiadki, tylko zielone poduszki są dobre do spania, Kret ma ładne…to już było! Takie piękne, brązowe niczym ksiądz Przemek.
Głupoty trwale zadomawiają się w mózgu. Nie ma rady, aby się przed nimi ustrzec i przed nimi ochronić. Pomyślę sobie coś głupiego, potem wstydzę się sama przed sobą i idiotycznie podśmiechuję się pod nosem, albo chowam twarz w ulubioną zieloną poduszkę, by czasami nie narażać na ten głupi widok biednego Pana Boga. Z reguły niedługo po tym wracam do normalności, a mój stan umysłu się poprawia.
Słyszałam, jak na korytarzy krząta się matka, szukając swoich kapci. Słyszałam głośne chrapanie zmęczonego po pracy ojca. Słyszałam zza ściany okrzyki zafascynowanego grą komputerową Tomasza. Słyszałam oznaki nadejścia nocy –oni wszyscy przed jej nadejściem codziennie zachowują się tak samo. Tylko ja wiedziałam, że dzisiaj tak prędko nie usnę; zbyt wiele rzeczy to przeanalizowania. Zbyt wiele…
Wyciągnęłam z szafki książeczkę do nabożeństwa i postanowiłam nie tracić czasu na głupoty, lecz na modlitwę. Najlepsza modlitwa jest w ciszy, gdy jest obok mnie ksiądz Przemek. Wtedy czuję, że Bóg mnie słucha i ze mną rozmawia. Gdy jestem sama…nie czuję aż tak tej cudownej bożej obecności. Moje myśli koncentrują się na zupełnie innych rzeczach. Myślę, co będę robić jutro, przypominam sobie o zdaniach domowych i o czekających mnie sprawdzianach. Bóg schodzi na drugi plan.
Dzięki temu wiem, że potrzebuję go. Chcę, aby nauczył mnie się modlić. I żeby mnie przytulił. Tak, taka mała niecodzienna prośba. Tylko dzisiaj. Mogłabym nawet jeszcze dzisiaj do niego pójść, ale nie chcę narzucać mu się o tej porze.

Nazajutrz w szkole było okropnie. Na pierwszej matmie dostałam pałę za sprawdzian, w którym wiązałam nadzieję na choćby jedną dobrą ocenę z tego przedmiotu. Nadzieja okazała się klapą – wpadła kolejna z rzędu jedynaczka. Na polskim zamiast skupić się na zadanej pracy myślałam o księdzu. Po męczących 45 minutach, głupiutki Sławek wezwał mnie do siebie.
-Kreta nie ma? –zapytałam, nie widząc go nigdzie w pobliżu.
-Jest, ale poszedł na chwilę do chemiczki. Zaraz przyjdzie.
Radość z powodu jego rzekomej nieobecności minęła, gdy Sławek niczego nieświadomy ogłosił, że Kret jest w szkole. Nie miałam ochoty się na niego patrzeć, czuć na sobie jego wzroku wyrażającego litość nad tak godną pogardy osobą, jak ja. Nie byłam na niego zdenerwowana, lecz znieść nie mogłam, że ma on mnie za idiotkę, którą zniszczyła „zbawienna moc żenującego księdza”.
-Hej. – rzucił na powitanie, po czym ściągnął plecak i na niego usiadł, jakby zmęczony. –Jak ci lekcje mijają? – zapytał, bo zapewne nie wiedział, co powiedzieć, by nie pomyślała, że jesteśmy „pokłóceni”.
-Koszmarnie. Lufa z królowej nauk. –powiedziałam bez entuzjazmu.
-Znowu?
-No, to już ostatnio norma.
Zawsze rozgadany Sławek dziś zajęty był tworzeniem ściąg na geografię, więc niestety nie podtrzymywał rozmowy. Musiałam rozmawiać tylko z Kretem.
-A…pewnie się ucieszysz. Zgadnij kto przyjdzie do ciebie na zastępstwo? Babka od religii wzięła chorobowe, zastąpi ją twój kochany Przemuś.
-Skąd to ci wiadomo?
-Słyszałem, jak w pokoju nauczycielskim plotkowali.
Byłam w szoku. W bardzo miłym szoku. Po raz pierwszy zobaczyłam go niegdyś na zastępstwie. Katechetka była chora, więc zastąpił ją nowy ksiądz wikariusz. Prowadził ciekawą konwersację z pustymi ludźmi z mojej klasy – wtedy też mnie zaintrygował i zafascynował swoimi poglądami. Nie poznałabym tego cudownego człowieka, gdyby nie to zastępstwo.
Z utęsknieniem czekałam na ostatnią lekcję, którą była właśnie religia. Nawet z mniejszym bólem zniosłam dwie pod rząd lekcje wychowania fizycznego, z których radzę sobie niczym niewidoma, głucha niemowa na wózku inwalidzkim. Stałam jak zawsze na bramce i kompletnie olewałam sobie głupie docinki moich „kochanych koleżanek”. Szczęście do mnie się uśmiechnęło, bo nie wpuszczałam tylu piłek do mojej bramki.
To on dawał mi siłę. To myśl o nim pozwalała mi przeżyć te koszmarne lekcje: dwa w-f’y, na których robię z siebie ofiarę, historię, na której Wawrzyniak niespodziewanie wziął mnie do odpowiedzi (wydukałam ledwo na słabą dwójkę), język niemiecki, na którym moja germanistka powiedziała, że dziś żyję w innym świecie i nie potrafię skupić się na lekcji i najgorszą chemię, podczas której dostałam dwie niedostateczne.
Religia –ostatnia lekcja miała być przyjemnym, bezstresowym zakończeniem tego wyjątkowo koszmarnego dnia w szkole. Głos księdza Przemka jest bardzo odprężający po siedmiu okropnych godzinach. Klasa Kreta skończyła już lekcje. Na przerwie więc czekałam sama, podczas gdy inni na głos komentowali nową, tragiczną fryzurę babki od polskiego, za ciasne portki matematyczki lub „pedalskość” Sławka, który został jeszcze na zajęciach wyrównawczych.
Dzwonek na lekcje już zadzwonił, a księdza Przemka nadal nie było. Zjawił się po pięciu minutach i dał klucz do klasy pierwszej osobie z rzędu.
Uśmiechnęłam się do niego, lecz zapewne mnie nie zauważył. Szedł szybkim krokiem po schodach prowadzących do sali, w której mamy religie. Wspaniałomyślny Adrian – jeden z najgorszych klasowych debili, chichocząc pod nosem próbował nadepnąć na jego długą, czarną sutannę, aby ksiądz się „wyjebał”, mówiąc nieładnie, w potocznym języku. Na szczęście szybki krok księdza wyprzedził zamiary stopy Adriana.
Słuchałam, jak ksiądz Przemek z wielką cierpliwością znosi głupie docinki chłopaków. Otworzył dziennik i zaczął coś w nim pisać.
-Nie będę sprawdzał obecności, bo ufam, że wszyscy są i nikt nie spędza ostatniej lekcji w domu. –powiedział, po czym rzucił okiem na uczniów –Widzę puste ławki.
Spojrzał jeszcze raz w dziennik.
-Jeszcze na chemii byliście prawie w komplecie. No, za wyjątkiem dwóch uczniów, którzy pewnie chorują, bo nie ma ich w szkole od kilku dni. Widzę, że niektórzy nie wytrzymali i czmychnęli. Raz, dwa…jest was osiemnastu, na trzydziestu –odjąć dwóch nieobecnych przez cały dzień – dwudziestu ośmiu – równa dziesiątka poszła w las.
-Oni są na papierosku proszę pa…księdza – odezwał się gruby Krzychu i zaśmiał się niczym koń. Momentalnie połowa zaczęła się także śmiać, lecz ze śmiechu Krzycha.
-Znaczy, że mają zamiar uraczyć mnie swą obecnością, czy nie ma na to szans?
-Nie wiem, chyba już nie.
-Aha, rozumiem.
Siedziałam sama w ostatniej ławce, sporo oddalonej od biurka nauczyciela. Przez to nie mogłam dokładnie go widzieć; zasłaniały mi dwa rosłe imbecyle, a mój dość lichy wzrok z tak daleka nie mógł dostrzec pięknych, głębokich oczu księdza Przemka.
W klasie zapanowała cisza. Ksiądz siedząc za biurkiem, pisał coś, jakby kompletnie zapominając o powinności nauczyciela.
-Ale nuda! –ziewnął sztucznie Adrian. –Chcę się ubawić! Mam do księdza jedno pytanie. Jest ksiądz prawiczkiem?
W jednej chwili znów wszyscy zaczęli się śmiać.
-A ja myślisz?
-Jestem pewien, że tak!
-Skoro jesteś pewien, to po co się pytasz? Twoja pewność przecież nigdy nie zawodzi. Pytaj się jej, a nie mnie.
-To jest ksiądz, czy nie?
-A nie chciałbyś dołączyć do kolegów, którzy są na papierosku?
-Chciałbym. –odparł głupi Adrian.
-To na co czekasz? Dołącz do nich.
-Ale przecież pan…ksiądz mnie nie puści, bo jest lekcja.
-Jesteś pewien?
-No, kurwa, przecież mówię!
-Spakuj się, wyjdź z klasy i dołącz do kolegów. Twoja pewność jednak się pomyliła.
-Ja pierdolę, ale jaja! To ja bardzo dziękuję, dowidzenia.
-Ktoś jeszcze chce wyjść z lekcji?
Siedzący przede mną imbecyle wstali, założyli plecaki na plecy i wyszli. Wraz z nimi zabrało się również paru innych i dwie najbardziej wyszczekane gówniary. Liczebność klasy natychmiastowo zmalała, ale za to widzialność jego oczu wzrosła, przez wyeksmitowanie dwóch chłopaków, którzy siedzieli przede mną. W małej grupie zaczęliśmy przerabiać nowy temat. Dopiero wtedy ksiądz się do mnie uśmiechnął.
Po skończonej lekcji zaprosił mnie na herbatkę. Opowiadał o tym, że młodzież z roku na rok staje się coraz bardziej chamska i nie potrafi nikomu okazać, choćby najmniejszego szacunku. Powiedział, że podziwia mnie, że wytrzymuje z dokuczającymi chłopakami i laseczkami mającymi zamiast mózgu siano w głowie.
-Sama siebie podziwiam. W dzisiejszym świecie trudno jest znaleźć osobę, z którą można by było poważnie porozmawiać. Wszyscy tylko o dyskotekach, podrywach i oczywiście o seksie – jakby inaczej. Wartości takie, jak miłość, przyjaźń, zaufanie prawie wyginęły. Ludzie nie robią niczego, z czego nie czerpaliby korzyści. Skoro miłość, to musi być i seks – choć nie zawsze –czasem jest seks, a nie ma miłości, albo jest…ta fałszywa, wyimaginowana. Albo też po prostu mówiąc kocham, kochają ciało swojego partnera lub partnerki, a nie jego wnętrze. A gdy czas przemija, bądź pojawia się niechciane dziecko, odchodzą, a miłość ulatuje, ponieważ tak ukochane ciało nie jest już tak ukochane.
Czasem wygadanie czegoś, co od dawna leżało na sercu, przynosi wielką, niesamowitą ulgę. Robi się, jakby lżej na duszy.
-Masz rację. I dlatego zostałem księdzem. –zaśmiał się, popijając łyk gorącej czerwonej herbaty. –Nie, oczywiście żartuję.
-A…właśnie! Jeśli można wiedzieć to, co księdza skłoniło do podjęcia takiej decyzji?
-Czułem swoje powołanie. Bóg był jedyną osobą, dla której byłem gotów poświęcić całe swe życie –dopowiedział krótko. –Tylko nie mów, że zmarnowałem sobie szansę na miłość, żonę, dzieci, bo cała moja rodzina wciąż mi to powtarza. Moi rodzice nie byli za tym, bym został księdzem. Jestem jedynakiem, ich jedynym synem, który według marzeń mamy miał uszczęśliwić ją trojgiem wnucząt. Czasem czuję, że ją skrzywdziłem. Nigdy już nie zostanie szczęśliwą babcią, robiącą sweterki na drutach dla swoich wnuków. Gdy powiedziałem jej, jak zamierzam spędzić swoją przyszłość, robiła wszystko, by odwieść mnie od swoich planów. Rozpłakała się, gdy zdecydowałem się iść na studia. Jeszcze bardziej płakała, kiedy ujrzała mnie w sutannie odprawiającego mszę po raz pierwszy w mym rodzinnym mieście. –zrobił małą przerwę, by napić się herbaty –Ale…to była moja decyzja. Nie żałuję jej, choć było ciężko patrzeć na rozpacz mojej mamy. Z pełnej życia, radosnej kobiety zamieniła się w smutną ,przygnębioną kobiecinę, dla której życie straciło swój sens. Przez kilka lat jej twarz zszarzała i postarzała się. Przestała o siebie dbać, strasznie schudła. Ma dopiero 54 lata, a uważa, że jest zbyt stara, by z godnością żyć na tym świecie.
-A myśli ksiądz, czy Pan Bóg nie chciałby, żeby ksiądz był przy matce? Tak samo można kochać Boga i otrzymywać od niego tę samą miłość będąc księdzem, jak i osobą świecką.
-Nie rozumiesz…
-Tak samo można służyć Bogu w Kościele, jak i w domu. Pozostając przy matce, nie skrzywdziłby jej ksiądz.
-Ale ona chciała wnucząt! To było jej największe marzenie! Gdybym nie został duchownym, biedna kobieta żyłaby w błędnej nadziei, że kiedyś nastanie ten czas, że doczeka się ich! Przez te wszystkie lata czułbym się fatalnie! Ta jak wypatrywanie jabłek na gruszy –niemożliwe! Ja nie mogę mieć dzieci. Ona o tym nie wie, cały czas miałaby nadzieję, że która i tak nigdy nie mogłaby się spełnić. Zostałem księdzem –zrobiłem lepiej dla niej, jak i dla mnie. Ona wpadła w rozpacz, utraciła tę cholerną nadzieję, jaka dla mnie była taka bolesna.
-Ja…przepraszam, nie wiedziałam o tym. Ma ksiądz rację; złudna nadzieja jest gorsza od rozpaczy.
Coś we mnie pękło. Łzy poleciały, a ja dokładnie nie wiedziałam, jaki jest tego konkretny powód. robiłam wszystko, by on ich nie zauważył. Próbowałam zrozumieć te wewnętrzne rozbicie – nie było ono spowodowane jego historią, tylko…no właśnie, tylko czym?
-Ale… się smutno zrobiło, co? –odezwał się swym ciepłym głosem. –Zrobiłem dzisiaj własnej roboty rogaliki z marmoladą. Mam nadzieję, że skusisz się, by wypróbować moich kulinarnych możliwości?
-Oczywiście. –powiedziałam. Jakby poczułam się trochę lepiej. Smutek był, lecz widząc jego uśmiech i słysząc radośniejszy ton głosu, oddalał się.
Przyniósł pełną tackę pachnących, apetycznych małych rogalików polanych czekoladowym lukrem. Wyglądały naprawdę uroczo –aż żal było je zjeść.
-Częstuj się. –powiedział, sam biorąc do ust jednego. Patrzyłam, jak powoli, wręcz flegmatycznie, go przeżuwa. Widać, że delektował się smakiem. Pilnowałam się, by powstrzymać swą zachłanność, zajadając się smakowitymi rogalikami.
-Są przepyszne. –skomentowałam jego wypieki.
-Dziękuję. Będąc szczery, to ja na pierwszy raz wyszły całkiem dobrze. A ty…Danusiu, pewnie zastanawiałaś się już, co chcesz robić w przyszłości?
-Właściwie to jeszcze sama nie wiem. –odpowiedziałam na jedno z najbardziej irytujących mnie pytań. –Myślenie o przyszłości jest bardzo nieprzyjemne.
Nie chciałam dłużej ciągnąć rozmowy o mojej przyszłości
-Rozumiem. Ja w twoim wieku też nie bardzo lubiłem dymać nad tym tematem. Miałem iść za lekarza – to była chora aspiracja mojej matki, lecz ja bałem się krwi, a szpital kojarzył mi się z jakąś umieralnią, a nie z miejscem, gdzie leczy się ludzi. Nie przyjmowałem do wiadomości, że zawód do mój wybór i mogę nie iść na studia medyczne, jeżeli tego nie chcę. Cieszyłem się każdą chwilą, gdy nie musiałem myśleć o byciu lekarzem. W końcu nie wytrzymałem i nauczyłem się mieć własne zdanie i dążyć do przez siebie wyznaczonych celów, a nie do tych, które zostały mi wyznaczone przez otoczenie.
-Według matki mi przypisane jest bycie sędziną. Nigdy w życiu! Nie znoszę prawa. Nie jestem na tyle obiektywna, by wydawać wyroki, skazywać ludzi.
-Tak, owszem, czasem prawo jest bezwzględne. To nie człowiek ma wydawać wyroki. Może to robić jedynie Pan Bóg, bo tylko on zna każdego człowieka z osobna i wie, czy zasługuje on na przebaczenie, czy też nie. Ta „zabawa w Boga” czasem jest aż chora; człowiek nie może słuchać głosu serca, lecz opierać się na kodeksie prawnym. Nie twierdzę, że nie powinno być sądów. Do pierdla trafiać powinni ludzie, którzy stanowią zagrożenie dla innych, którzy bezczelnie popełniają przestępstwo, nawet tego nie żałując. To absurd, by tak samo karać bezwzględnego mordercę, jak na przykład matkę, która w przypływie chwili zabije faceta, który próbował skrzywdzić ją lub jej dziecko.
-Ja…już muszę iść. Będzie krzyk w domu, gdy matka wróci z pracy, a mnie jeszcze nie zastanie. –przypomniało mi się, że o 17.30 moja matka wraca z poczty, a ja zasiedziałam się u księdza.
Pożegnałam się z nim i wyszłam. Za każdym razem żal jest mi się z nim żegnać. Pocieszam się zawsze faktem, że, jak nie jutro, to pojutrze, znów przyjdę na pyszną herbatkę do księdza Przemka.
Z każdym spotkaniem, rozmową staje się dla mnie coraz bardziej bliski, coraz więcej o nim wiem i upewniam się, że jest wspaniałym człowiekiem. Moje oczy zawsze cieszą się na jego widok, na twarzy pojawia się uśmiech, a w sercu, jakby lepiej.
Szłam przez miasto. Wiatr bawił się moimi włosami się moimi włosami, unosząc niesforne kędziorki na wszystkie strony świata. Cały czas odgarniałam je z twarzy , by czasem nie wpaść na jakiś znak czy przechodnia. Przed oczyma miałam jego twarz; jakby stał tuż obok mnie. Uśmiechał się do mnie tak słodko, że musiałam odwzajemnić jego uśmiech, mimo że było to tylko złudzenie. Zwykłe zwidy robiły ze mnie idiotkę. Pobudzały wyobraźnie. Sama dziwiłam się, bo nie przypuszczałam, że kiedykolwiek mogłabym mieć tak głupie myśli, związane oczywiście z Nim. Czy stało się to, czego bałam się najbardziej?! Czy rzeczywiście zostało to zdiagnozowane przez moje biedne serce? Jeśli tak, to jak się leczyć, by się wyleczyć? Jak chociaż złagodzić objawy?

niedziela, 15 sierpnia 2010

3.

-Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
-Na wieki wieków. Siadaj, zaparzę herbatkę. – pokazał gestem, że mam usiąść na mahoniowe krzesło i chwileczkę poczekać.
W pomieszczeniu, w którym piliśmy herbatę panował niezwykle przytulny nastrój. Nie było tu ani bogato, nie panował tu przepych. Na ścianach wisiały upolowane trofea w postaci łbów różnych zwierząt, na jakie polował ojciec księdza. Ściany prawie w całości okute były w drewno – pomieszczenie pasowało mi bardziej do leśnika, niż do duchownego.
-Widziałem, że byłaś na wczorajszym pogrzebie. Znałaś zmarłego? Był kimś dla ciebie? –zapytał i postawił na stole dwie filiżanki pełne gorącej herbaty.
-No, tak właściwie, o nie znałam go osobiście. To był ojciec mojego kolegi.
Spojrzał się tak, jakby oczekiwał, że powiem coś więcej. Ja natomiast nie wiedziałam, czy mam wdrążyć się głębsze szczegóły, czy księdza aż to tak bardzo nie interesuje. Gdy uznał, że nic więcej nie powiem, wziął był herbaty, po czym przeciągnął się na krześle. Odniosłam wrażenie, że jest znudzony.
-Tego kolegi, obok którego stałaś? –zapytał po chwili.
-Tak.
-Biedny chłopak. Ani matka nie przyszła na pogrzeb, ani rodzeństwo.
Byłam ciekawa skąd on wie o Krecie i jego rodzinie. Jednak postanowiłam nie pytać.
-Jego matka nie chciała patrzeć na to, zabroniła też jego młodszej siostrze, a brat? Brat nie wierzy w Boga, nienawidzi wszystkiego, co ma wspólnego z chrześcijaństwem. Zresztą… Kret to także ateista, ale nie obnosi się z nienawiścią. Przyszedł, bo to był w końcu jego ojciec.
-To chyba nie jest z niego taki zagorzały ateista?
Pytania księdza były dziwne. Odpowiadałam na nie niezbyt szczegółowo, ponieważ nie widziałam sensu w tłumaczeniu mu postawy Kreta i jego rodziny. Sama do końca nie znam tego człowieka; nie aż tak dobrze, by wiedzieć w ilu procentach nie wierzy.
-Może, gdy stracił ojca, uwierzył w istnienie Stwórcy?
Zignorowałam jego spekulacje. Udając zbyt „zajętą” na udzielenie odpowiedzi, przyłożyłam usta do pustego kubka i udałam, że piję.
-A może bał się nie iść?
Starałam się nie dać po sobie poznać skrępowania. Udawałam, że jego podejrzenia są tylko głośnymi myślami, a nie pytaniami, na które oczekiwał odpowiedzi ode mnie.
-Dziwię się, że mu się jeszcze nie zapytałaś.
Nie wytrzymałam. Czułam obowiązek powiedzenia mu czegoś, aby zakończyć ten temat.
-Moim zdaniem przyszedł na pogrzeb, ponieważ nikt z jego rodziny nie odważył się na to. Był bardzo związany z ojciec, uznał, że chociaż ktoś powinien być obecny na jego pochówku.
-Dla ateisty pogrzeb to tylko nic nie ważny rytuał odprawiany przez katolików – tę ciemną, ślepą ludzką masę, która wierzy w każdą przeczytaną w Biblii bzdurę. Nic zmarłemu już życia nie przywróci; będzie leżał pod ziemią niczym zakopana gałąź – nie zobaczy żadnego Boga, ani nie dozna życia wiecznego. Gdyby twój kolega był zdeklarowanym ateistą, nie przybył by na pogrzeb.
-Nie wiem, dlaczego jednak przybył i nie zależy mi na tym, by się dowiedzieć.
Patrzyłam jak Ks. Przemek cały czas bawi się rękoma. Wydawał się jakiś zmieszany, spięty.
Przez moment zrobiło się cicho. Po dosłownie kilku sekundach przerwał ją, przynosząc na stół zbożowe ciasteczka.
-Częstuj się. Smacznego.
- Dziękuję. –odparłam nieśmiało.
-Dość ładną dzisiaj pogodę mamy. – zmienił temat. – Gdyby jeszcze ten deszcz mógł się uspokoić, choć na jakiś czas.
Gdy mówił o czymś innym, jakby trochę się uspokajał. Silił się na uśmiech, a drżące w nerwowych trikach dłonie zajął jedzeniem ciasteczek.
-Dlaczego ksiądz tak się wypytywał o mojego kolegę?
Odważyłam się i zapytałam. Pytaniem ponownie zburzyłam jego stan umysłu. Ciszę i spokój, którą starał się wybudować, zamieniłam w chaos. Wyjął z ręki nagryzione ciasteczko i spojrzał się dziwnie. Dopiero po krótkim czasie wydobył się na sztuczny uśmiech.
-Ja… przepraszam. Nie powinienem wtrącać się w nieswoje sprawy.
-Znał ksiądz jego ojca?
-Nie, ja nawet nie widziałem człowieka na oczy. A nawet jeśli widziałem, nie wiedziałem, że to akurat on. Zrobić ci jeszcze jedną herbatkę?
-Nie, dziękuję –grzecznie odmówiłam. Ksiądz zapewne zmartwił się, bo stracił okazję, by oderwać się od tematu.
-A… ten chłopak… jest dużo starszy od ciebie?
-O rok.
-A wy jesteście…tylko przyjaciółmi?
-Skąd te pytanie? Moim zdaniem słowo „przyjaciele” to za wielkie określenie. Znam go, lecz to bardziej koleżeństwo, niż przyjaźń.
-Musi być mu bardzo ciężką z utratą ojca. Odwiedzaj go, dotrzymuj mu często towarzystwa, dodawaj otuchy i zawsze wspieraj. Może… obudzisz w nim miłość do Boga…
-Spróbuję. – powiedziałam, choć dokładnie zdawałam sobie sprawę, że ja jako pocieszycielka nie spełniam się najlepiej.
Odważyłam się do niego pójść, odwiedzić i porozmawiać. Padał deszcz, a ja byłam bez parasolki. Poszłam do domu, przy okazji wzięłam parasol.
Nie chciałam iść do Kreta bez konkretnego celu i potrzeby, więc wzięłam jego atlas geograficzny, jaki dawno od niego pożyczyłam z zamiarem oddania. Dopiero w drodze przypomniało mi się, że powiedział, że nie muszę mu go oddawać, bo w domu ma dziesiątki innych. Mimo tego wypadało oddać.
Z mojego do jego domu był dosyć spory kawałek drogi. Ja mieszkam na rynku niedaleko Kościoła, Kret natomiast na dole, na wybudowaniach. Jednak postanowiłam się przejść. Nigdy nie byłam w jego domu – jakoś nigdy nie miałam chęci, ani potrzeby, by się tam wybrać. Prawdę mówiąc znałam tylko ulicę i kolor budynku. Aha, zapomniałam o psie. Mieszka w domku jednorodzinnym, którego pilnuje flegmatyczny bokser.
Zebrawszy wszystkie informacje do kupy, metodą dedukcji, wytypowałam dom właściwy. Odnalazłam brązowo-oliwkowy dom ( a nie pistacjowy, jak mówił Kret), którego pilnował pies. Na mój widok zaczął głośno szczekać i biegając wokół bramy, zaznaczał swoją pozycję na tym terytorium. Chciał przegonić intruza, którym byłam ja.
Trzymając atlas w ręku, zadzwoniłam do domofonu, który znajdował się kapeńkę za bramą. Miałam wrażenie, że za chwilę warczący pies mi ją odgryzie, lecz sądząc po wielkiej nadwadze psa, zwątpiłam, czy byłby w stanie i w kondycji podskoczyć tak wysoko.
-Halo? - odezwał się ktoś z domofonu.
-Ja do Kreta. – powiedziałam.
-Już, już. Poczekaj tylko chwileczkę. Wyjdę i zamknę psa.
Chwilę później wyszedł brat Kreta – Paweł- i zamknął buldoga w garażu. Był przygnębiony i smutny, a przygnębienie do tego chłopaka było niepodobne. „Prawa ręka samego Szatana” był wiecznie uśmiechniętym, czasem aż świrniętym chłopakiem. W jego niebieskich oczach zawsze tańczyły iskierki szczęścia – teraz jakby zgasły. Przywitał się ze mną, wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył mi furtkę.
-Właź…
Przez drogę nie odezwał się do mnie ani słowem. Wyglądał, jakbym obudziła go w środku nocy. Miał małe, podkrążone oczy i niewyraźną twarz. Zawsze był blady, lecz dzisiaj wyjątkowo.
W mieszkaniu rozniosła się głośna muzyka. Moja matka w życiu nie pozwoliłaby mi słuchać tak głośno „depresyjnego darcia ryja”, więc skazana jestem na odbiór muzyki tylko przez odtwarzacz przenośny.
-Sąsiedzi z domku obok skarżą się na głośną muzykę. Oczerniają nas, że krótko po śmierci ojca już „balangujemy”, dobrze się bawimy i możemy rozsadzać głośniki. Tym czasem taka muzyka wyraża cząstkę mojej duszy; to ona daje mi siłę i pozwala się zatracić.
-Rozumiem cię. Co innego żałosne biesiady – lekkie i wesołe, co innego metal.
-Niestety pięćdziesięcioletnie sąsiadki tego nie zrozumieją. Dla nich metal to tylko chwalenie Szatana, muzyka dla matołów i idiotów mających coś z głową.
-Tak, sama w domu mam prawie pięćdziesięcioletnią kobietę, która sądzi identycznie.
-Matka?
-Matka.
-Z moją matką nie jest tak źle. Szanuje to, czego słucham. Sama zresztą słucha czegoś takiego, jak Guns’n Roses czy Black Sabbath. Jedynie młodsza siostra Zocha – toż to skandal w ludzkiej postaci! Nie wiem skąd ta dziewczynka się wzięła. Małe, wredne i cyniczne!
Brat Kreta to bardzo miły chłopak. Z pozoru twardziel, lecz w głębi serca jest wrażliwy. Czasem nawet aż zbyt bardzo – potrafi godzinami mówić, ile to niezrozumienia jest w tym świecie, ile chamstwa i kurewstwa. Rozumiem go, niedelikatność ludzka otacza mnie od każdej strony, ale… tego nie można zmienić w żaden sposób.
-Tu jest jego pokój. –powiedział Paweł i zostawił mnie, udając się po schodach na górę.
Zapukałam cicho, po czym nie słysząc „proszę”, weszłam. Kret siedział na podłodze i zajęty był rysowaniem jakiegoś portretu. Podeszłam bliżej, on nawet nie drgnął. Nie zauważył, że ktoś wszedł do jego królestwa pełnego rysunków. Jego pokój wyglądał jak galeria sztuk – nie do końca pięknych – lecz nie dla tego, że nie był wystarczająco utalentowany, lecz dlatego, iż dla wielu ludzi jego sztuka lub choćby jej część jest odrażająca i kontrowersyjna. Dla mnie jest czymś tajemniczym i fascynującym.
-Nie przeszkadzam?
Nie słyszał. Dotknęłam delikatnie jego ramienia. Momentalnie odskoczył wystraszony.
-O, kur…wybacz, ale wystraszyłaś mnie…
-Przyszłam oddać ci atlas. –oznajmiłam.
-Ale nie musisz mi go oddawać. Jak już jesteś…to może ci zrobię coś do picia?
-A nie przeszkadzam?
-Nie, nie…
Kret zniknął za drzwiami swojego pokoju. U księdza Przemka „coś do picia” zawsze oznacza czerwoną herbatkę Pu-Erh, jaką kocham. Kret przyniósł wielkie cappuccino ze śmietanką. Zamiast podziękować, zaczęłam majaczyć coś o kaloriach.
-Gorąca kawa dobrze zrobi na ten mróz. –powiedział Kret.
Patrzyłam, jak zaczyna delektować się kawą, mocząc nos w śmietanie. Kartkę z rysowanym portretem zwinął w rulon i włożył do szuflady. Miał w niej nienaganny porządek – zupełnie inaczej, niż ja – największy bałaganiarz świata. Chłopak miał mnóstwo kredek poukładanych wręcz pedantycznie od jasnych do ciemnych odcieni. Ołówki podobnie, od najtwardszych do najmiększych. Dziwiłam się, że chciało mu się bawić w takie segregowanie.
-Przepraszam, jeśli przeszkodziłam ci w…
-I tak miałem już kończyć.
W jego pokoju było gorąco – małe pomieszczenie i wysoka temperatura kaloryferów sprawiła, że zrobiło mi się duszno. Kret jednak tego nie poczuł. Ubrany był w gruby sweter i zimowe skarpetki. Powiedział, że najwidoczniej będzie chory, bo nie odczuwa ciepła.
W jednej chwili pozazdrościłam mu jego życia, jego rodziny i jego domu. On ma miłego brata Pawła – ja największego idiotę, jakiego matka mogła wydać na świat. Jego rodzicielka też w zupełności nie przypomina mojej. Nie jest tak konserwatywna, staroświecka i zasadnicza jak moja – drąca się o byle błahostkę. Traktuje mnie jak wyrzutka podrzuconego w szpitalu; w przeciwieństwie do Tomasza, który jest jej oczkiem w głowie.
-Kret, a… matka nie ma nic do tego, że rozwieszasz „takie” obrazki na ścianach?
-W sensie?
-Że nie udała się jeszcze z tobą do psychologa, by zbadał, czy masz coś z głową?
-Nie, niby dlaczego…
-No właśnie. Jeszcze powiedz, że podobają się jej te krwawe ilustracje; powiedz, że widzi w tym piękno.
-Nie wiem, czy widzi w nich piękno, ale na pewno nie wzbudzają w niej odrazy. Powiedziała kiedyś, że być może jestem psychiczny, lecz przez te nieschematyczne myślenie jestem oryginalny i robię ciekawe rzeczy.
Było widać, że przez setni zadawanych przeze mnie pytań, zrozumiał, że moja rodzicielka jest zupełnie inna. Spojrzał tak, jakby zrobiło się mnie żal.
-Paweł coś kiedyś mówił o twojej matce. Musisz czuć się, jak w więzieniu, którego pilnuje czuwający nad każdym twym krokiem dyktator. Na dodatek umieszczasz w jednej celi z więźniem, który podlizuje się dyktatorowi, a efekty swych wybryków przypisuje tobie. W konsekwencji sięga ci się większe manto i większy rygor.
-Nigdy nie wspominałam ci niczego o Tomaszu.
Byłam zdziwiona, jak dokładnie Kret zna moje miejsce w domowej hierarchii.
-Ty nie, ale Paweł wspominał. Zna tego małego gówniarza. Zresztą… czasem na mieście uda mi się spotkać, jak służy „szczerą pomocą” starym babinkom, a potem podśmiechuje się z jego kolegą, że podczas nieuwagi staruszki zwinął jest stówkę z portfela.
-Mój brat?
Wiedziałam, że jest głupi i wykorzystuje dla własnych celów ludzką naiwność, ale nie przypuszczałam, że ten „aniołek” byłby w stanie posunąć się do kradzieży.
-Twój brat. Tak, twój brat…
-Masz dla mnie jeszcze kilka szokujących informacji? –zapytałam, lecz z drugiej strony wolałam o nich nie wiedzieć.
-Nie, rzadko jestem na mieście, toteż nic ciekawego już o twoim bracie się nie dowiedziałem, ale…
-Ale?
-Ten ksiądz, no, jak mu tam? Nie ważne…
Momentalnie zrobiło mi się zimno w gardle. To już chyba jakiś nabyty odruch – na samo wspomnienie o NIM robi mi się dziwnie w środku.
-Wspominałaś mu o mnie?
-Ksiądz Przemek? –zapytałam tępo.
-Bodajże tak ma na imię…
-No…
-To było od razu po pogrzebie. Ty poszłaś już do domu. Zatrzymał mnie i zaczął przepraszać za zachowanie ludzi w kościele. Zaprosił na wspólną modlitwę; ja odmówiłem, grzecznie powiedziałem, że nie jestem wierzącym. Spojrzał na mnie takim jakby smutnym wzrokiem i zapytał czy chciałbym odnaleźć swoją wiarę. Nic nie odpowiedziałem. Bałem się, że gdy odpowiem „nie”, rozpłacze się. Gdy chciałem się szybko oddalić, powiedział, że ty możesz pomóc mi poczuć obecność Bożą.
-Mówił coś jeszcze?
-Nie, szybko poszedłem. On jest… jakimś porąbańcem. Nieistniejący Bóg przysłonił mi rozum. Najchętniej to chciałby, aby cały świat się nawrócił.
-Nie mów tak. On jest bardzo mądrym człowiekiem, a nie żadnym porąbańcem, jak to powiedziałeś.
Kret ironicznie się na mnie spojrzał. Ten wzrok wyrażał więcej, niż każde słowo. Dał mi do zrozumienia, że skoro tak uważam muszę być po prostu głupia i naiwna.
-O tak, „kochajcie Boga, bo Bóg kocha was!”. Jakie to piękne! Niech wielcy poeci napiszą książkę o tym wielkim i mądrym człowieku! Niech tworzą o nim pieśni, niech jego dobroć i mądrość ubierają słowem w piękne wiersze. Proszę, nie przerażaj mnie…
-To nie on chciałby zbierać pochwały. Jemu zależy na tym, by młodzi ludzie nie odwracali się od Boga. Z roku na rok rośnie liczna ludzi wyrzekających się. Dlaczego? Bo teraz królują media, wiara stała się niemodna i niewygodna. Boli go to ludzkie zaniedbanie i kpiny, jakie ludzi urządzają sobie z Pana Boga.
Dziwiłam się, że nasza rozmowa wciąż jest taka spokojna i że ani on, ani ja nie zademonstrowaliśmy ostrzejszej wymiany zdań. Ja nie skłonna jestem do kłótni, nie jestem pewna czy w ogóle umiem podnieść na kogoś głos. A Kret? On woli ironiczne docinki zachowane w iście spokojnym, kipiącym ironią tonie głosu. Z tego wynika, że burzy nie rozpętamy.
-Gówno prawda. – Tym kolokwialnym stwierdzeniem podsumował całość.
-Nie zabraniam ci mieć swoich przekonań, Kret… Nie musisz akceptować Boga i zgadzać się z księdzem Przemysławem, ale nie powinieneś głośno jęczeć, jaki to on jest pojebany. Skąd w tobie tyle nienawiści?
-Nie ma we mnie nienawiści. Skąd ty to wywnioskowałaś? –mówił tak, jakby za chwilę chciał wyciągnąć z kieszeni nóż i mnie zabić. Po raz pierwszy wystraszyłam się go. Dotychczas nie sądziłam, że „nudny kujon” byłby w stanie podciąć mi gardło.
-Cały czas ironicznie przygadujesz i dajesz mi do zrozumienia, że jestem głupia skoro wierzę…
-Tego nie powiedziałem. Nie będę cię za to nienawidził –to nie w mojej naturze. Mogę po prostu śmiać się z ciebie. Śmiać się z tego, że ten prymitywny dewota zrobił z ciebie prymitywną dewotkę, która nie potrafi odróżnić prawdy od dobrze sporządzonej ściemy.
-Ty go nie znasz. Nie tobie jest oceniać, czy jest prymitywem, czy też nie. Znam go lepiej i wiem, że ma bogate wnętrze…
-Jak dobrze go znasz? Skąd wiesz, jakie jest jego wnętrze?
-Z pewnością bogatsze od ciebie.
-A skąd ta pewność, że mnie znasz? Nie tobie jest mnie osądzać, Danuto…
-Kret… jakoś nie mam ochoty kontynuować tej rozmowy.
Nogi miałam jak z waty. Ubrałam kurtkę, wzięłam swój parasol i wyszłam z jego mieszkania.
-Ej, a ty czasem nie przyszłaś do mnie zesłana przez księdza z misją nawrócenia?
Słyszałam za sobą jego głos. Nie odpowiedziałam. Na szczęście furtka była otwarta –inaczej musiałabym jeszcze do niego dzwonić przez domofon, a tego raczej bym już nie wytrzymała.

czwartek, 5 sierpnia 2010

2

Deszcz padał już od samego rana, jak gdyby zwiastował ten melancholijny dzień pogrzebu. Wyszłam wcześniej, by kupić w najbliższej kwiaciarni jakąś wiązankę. „Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie” - nie podpisywałam się, ponieważ uznałam, że nie byłam nikim ważnym dla tego człowieka. Możliwe też, że nawet nie wiedział kim jest Danuta G. Wątpię, by Kret opowiadał mu o swojej koleżance. Odszukałam go prędko w kościele –widziałam, jak wszyscy ludzie lustrowali go wzrokiem, samotnie siedzącego w ostatniej ławce. Domyśliłam się, że pewnie ci ludzie byli zaszokowani, że zjawił się bez swojej rodziny. Gdzie jest żona zmarłego? Gdzie jego reszta dzieci? Gdyby tylko ich myśli potrafiły mówić, narobiłyby hałasu w całym kościele.
Usiadłam obok Kreta. Wpatrywałam się przez piętnaście minut w obraz świętego Franciszka, który wisiał na ścianie bocznej. Starałam się zapomnieć, gdzie jestem i w jakim celu tutaj przyszłam. Dopiero, gdy usłyszałam „go”, oprzytomniałam.
-Śmierć nadchodzi nagle. Nie zna ani dnia, ani godziny. Zabiera człowieka, zostawiając ogromną pustkę wśród jego krewnych i przyjaciół. Często trudno jest pozbierać się po śmierci najbliższego, ale zrozumieć trzeba, że tak miało być. To Bóg posłał go na ten świat i to Bóg wezwał go do siebie.
Patrzyłam, jak odprawia mszę żałobną, a ludzie zamiast okazać trochę szacunku, plotkowali między sobą. Rozchichotanym dwóm staruszkom z pierwszej ławki nie zamykała się buzia, kolegom z pracy policjanta także. Wszyscy ci ludzie odpłynęli stąd i przenieśli się jakby na ulicę – nie panowali nad słowami, z oburzeniem komentowali niedobre sałatki, które sprzedawane są w warzywniaku za rogiem.
-Śmierć jest jak zaklejona proteza nazębna. Gdy się zamknie, nagle nastaje spokój. Och, przykro mi stwierdzić, ale po części z was widać, że jesteście tu z przymusu. Niektóry ludzie są właśnie, jak taka spleśniała sałatka. Na zewnątrz prezentują się ładnie, lecz wnętrze jest już zepsute. Nie umieją się nawet zachować z szacunkiem w dzień pogrzebu osoby, którą znali, z którą byli spokrewnieni. Będę się modlił za duszę zmarłego i za wasze dusze, by Duch Święty oświecił wasze umysły i nauczył was pobożności i bojaźni bożej.
-Ten nowy, młody ksiądz jest jakiś dziwny. –powiedział cicho Kret, gdy ksiądz Przemysław kończył wygłaszać swoje kazanie. –Ale niestety miał rację.
Msza się zakończyła. Ludzie zaczęli wychodzić, komentując ostro jak bardzo są zbulwersowani słowami księdza. W czas, gdy Kret przyjmował kondolencję, oddaliłam się na moment, by wejść jeszcze raz do kościoła. Ujrzałam tam księdza Przemysława, który klęcząc przed ołtarzem, modlił się. Odwrócił się, gdy usłyszał kroki. Uśmiechnął się na mój widok i gestem zaprosił mnie do wspólnej modlitwy. Uklękłam tuż obok niego, wyciągnęłam różaniec i zaczęłam się modlić. Po odmówionej dziesiątce podziękował mi, a ja wróciłam do Kreta, trzymającego mnóstwo kwiatów. Odebrałam od niego część, ponieważ był zbyt bardzo obciążony.
-Mógł sobie podarować tę sugestie. Jest zbyt bezpośredni. –powiedział Kret.
-Ja go rozumiem, na jego miejscu też byś się zdenerwował. Widać, że on robi to z powołania, a nie dlatego, by dostawać kupę szmalu na składkę.
-Ale to jest pogrzeb. Nie musiał robić przedstawienia.
Nie chciałam już dłużej o tym dyskutować, ponieważ bałam się, że prędzej czy później mogłoby dojść do kłótni. Z kościoła udaliśmy się na barbórkę, a z niej na cmentarz. Dalszą część pogrzebu odprawiał już ksiądz proboszcz.
-Masz chusteczkę?
-Czekaj, już ci daję…
Nie płakał, lecz miał łzy w oczach. Nagle za tłumem ministrantów zobaczyłam znajomą twarz księdza skupioną w modlitwie. Wstyd się przyznać, ale kompletnie zapomniałam, że jestem na pogrzebie.
W dzieciństwie bałam się pogrzebów; bałam się trumny, bałam się tej smutnej atmosfery, jaka wtedy panuje na cmentarzu. Mając cztery czy pięć lat umarła moja babcia. Pamiętam jeszcze zapłakane twarze rodziców – nie wiedziałam wtedy dokładnie, co tak właściwie się stało, że oni płaczą. Oni nigdy dotąd przy mnie nie uronili ani jednej łzy. To mnie pocieszali, gdy płakałam. Stałam przy nich, tata objął mnie silną ręką i uspokajał mamę. Mama była dla mnie autorytetem – wzorem silnego i niepłaczącego człowieka, którym chciałam być. Na pogrzebie zawiodłam się, autorytet gdzieś uleciał, rozpuścił się w powietrzu. Straciłam do niej zaufanie. Przestałam traktować ją z szacunkiem. Stała się na równi dziecinna, jak dziewczynki z mojego przedszkola. Brakowało mi jedynie babci - „chociaż ona jest twarda i nie płacze”, tylko…gdzie ona się podziała? Przecież miała szybko wrócić ze szpitala.
Dopiero z czasem płacz przestał być hańbą i oznaką niedojrzałości. Aby to zrozumieć potrzebowałam przeżyć kilkanaście lat na tym świecie. Chociaż…nadal wstydzę się płakać, gdy ktoś widzi moje łzy.
Nieswojo czułam się na pogrzebie Kreta ojca.
Nieswojo czułam się przy Krecie.
Odśpiewywano nad trumną te żałobne pieśni, które cofały mnie do czasów dzieciństwa.
Deszcz zaczynał padać coraz mocniej. Ludzie po odprawieniu ceremonii ustawili się w kolejce, by uczcić zmarłego wiązanką pełną licznych kwiatów. Jako ostatnia wrzuciłam na grób symboliczny bukiet białych róż. Bez słowa wyszliśmy z cmentarza. Ksiądz Przemysław cały czas skupiony modlitwie zbierał róże, które wywiał mocny wiatr. Zebrał je do kupy, związał w różnobarwny bukiet i ponownie położył na grób. Kret milczał przez prawie całą drogę. Co chwila ktoś rzucał mu litościwe spojrzenia. Nie mógł uwolnić się od nich. Starał się je ignorować. Widział, lecz udawał, że ich nie dostrzega.
- A jakieś stypy są, drogi młodzieńcze? –zapytała Kreta jakaś nieznana mi starsza kobieta.
Odpowiedź ze strony Kreta nie nastąpiła. Dalsze pytania ze strony ciotek także. Wszyscy udali się do swoich domów. Kret podziękował mi za przyjście i się pożegnaliśmy.
Znów poczułam się jak idiotka. On jest dla mnie taki uprzejmy, a ja obrabiam mu dupę częściej niż najgorszemu wrogowi, jakich mam pełno.

*

-Oj, dzień dobry, Danuto! Widzę, że wróciłaś już z pogrzebu. – W drzwiach powitał mnie mój brat – Wyglądasz jak zmokła kura. Idź się przebierz!
Choćby taka mała „troska” o mnie była do Tomasza niepodobna.
-Zrobiłem budyń. – zakomunikował.
-Smak?
-Czekoladowy, twój ulubiony, ale i tak go nie dostaniesz. Chyba nie chcesz znów ważyć 115 kilogramów i nosić rozmiaru 52, co?
-A, odwal się!
Tomasz jest okropny. Satysfakcję mu daje zdołowanie człowieka, przypominając mu stare czasy. Zmagania się z otyłością to na szczęście już przeszłość, lecz pamiętam ten ból i łzy, jaki musiałam przeżywać. Nie dość, że na pogrzebie straciłam ochotę do życia, po Tomasza głupim gadaniu, ochota kompletnie wyparowała.
-No żartuję, siostra. Nie wkurzaj się, no! A… jak tam twój słodziaczek?
-Kto? –początkowo myślałam, że chodzi mu o Kreta.
-No, Przemuś!
Gdy usłyszałam, że szanowny brat zaczyna o domniemanym zauroczeniu księdzem Przemkiem, wyszłam. On wyszedł wraz ze mną.
-Lekcje zrobione?
-Pewnie cały czas patrzyłaś w te jego brązowe oczęta i marzyłaś o upojnych nocach z…
-Zamknij się!
-Ale, poważnie! Wy…pasujecie do siebie. Ty taka nudna, on też taki nudny. Grzeczny, ułożony, na pewno prawiczek. Młody ksiądz świeżo po studiach – myślisz, że on do końca świadomy był swego „powołania”? Może to tylko kwestia chwili. Podjął złą decyzję, której będzie żałował. Gdy pozna ciebie, zakocha się w tobie, dozna wielkiej, prawdziwej miłości, zrozumie, co on, do cholery jasnej, zrobił! Ściągnie dla ciebie koloratkę, weźmiecie ślub, spłodzicie dzieci…
Mówiąc, wczuwał się strasznie. Nie wiedziałam, czy to było prawdziwe, czy to tylko część jego ironicznego przedstawienia.
-Dlaczego ja cię tak bardzo nienawidzę? Dlaczego? Teraz już chyba wiem dlaczego.
-A ja cię kocham, Danusiu!
-Ty już kompletnie na łeb upadłeś!
-Och, czemuż ty moją miłością gardzisz? Przyjmij mą miłość braterską, choć godzien nie jestem. – mówił jak pijany Mickiewicz.
-Kiepski z ciebie poeta.
-Wiem, wiem.

**

Kolejne dni uświadamiały mi, jakim cudownym człowiekiem jest ksiądz Przemek. Pomagał mi znaleźć swą zaniedbaną i zardzewiałą wiarę. Wydobył ją i poradził co robić, by jej nie zgubić któregoś dnia. Uczył mnie ją pielęgnować, by stawała się coraz silniejsza. Powtarzał, ze mam traktować ją, jak najdroższą i najcenniejszą roślinę; jak kwiat, który bez modlitwy i miłości do Boga więdnie.
-„(…) Rozumiem, że to jest trudne. Z wiarą jest o wiele trudniej postępować, niż z rośliną. Roślinie trzeba wody – efekty każdego dnia oglądać możesz w doniczce. Możesz ocenić czy stała się piękniejsza, czy zmizerniała. Wiara nie jest czymś namacalnym. Nie widzisz jej –nie możesz oczyma ujrzeć, czy stała się mocniejsza, czy też słabsza. Nie widzisz jej, lecz czujesz. To nie twoje oczy, lecz serce ma ją oceniać. Pamiętaj, że dobrze widzi się tylko sercem, mimo że nie jest to takie proste i jasne. Oczy ujrzą wszystko, serce nie. To zależy tylko od ciebie, czy otworzysz swe serce na głęboką wiarę, czy nie. Czy pozwolisz jej w nim zamieszkać. Otwórz serce na miłość Chrystusową i tą też miłością codziennie karm swą wiarę. Nie wodą, tylko właśnie tą miłością.”
Każdego dnia chodziłam do księdza na herbatkę. Nie, nie „wpraszałam się” – ksiądz Przemek sam prosił, bym go odwiedzała. Powiedział, że ludzie wstydzą się lub nie mają odwagi z własnej woli do niego przyjść. Z racji, że jest duchownym, traktują go na innym poziomie, w innej kategorii, gdy naprawdę jest takim samym człowiekiem, jak wszyscy.
-„Nie jestem przecież pustelnikiem. Po za rozmową z Bogiem bardzo ważny jest także kontakt z drugim człowiekiem. Z parafianami kontakt mam tylko na Mszy Świętej, choć…jest to bardziej monolog, niż dialog, ponieważ to ja do nich mówię i nie mam możliwości wysłuchania tego, co oni mają mi do powiedzenia. Z tobą miło się rozmawia. Jeśli masz czas, przyjdź do mnie. Nie zmuszam cię, lecz proszę, tak z potrzeby serca…”
-Dla księdza wszystko.
I wtedy wyrwało mi się to niechcący. Zrobiło mi się wstyd. Niestety moich głupich stwierdzeń odkręcić się nie da. Bałam się, że ksiądz może pomyśleć sobie coś, co nie jest prawdą. Ja, ja po prostu kocham rozmawiać z tym człowiekiem. Nie tylko o Bogu, lecz o wszystkim – nawet tym najbardziej błahym i bezsensownym. Nikt mnie tak nie wysłucha i nie zrozumie, jak on. Zwierzam mu się z problemów w szkole, dzielę się z nim moją samotnością i przygnębieniem. Otwieram się przy nim…
Zupełnie inaczej jest przy Krecie. On nawija tylko o nauce, o przyszłości i o innych dołujących mnie rzeczach. Łączy nas jedynie to, że obydwaj jesteśmy odtrąceni przez szkolne otoczenie, choć… ja nawet bardziej, bo on ma chociaż głupiutkiego i naiwnego kolegę z ławki – Sławka – który ma „swój styl i talent”. Ja natomiast nikogo nie mam. Nikogo. przez wielkie N. Jako wielka Danuta ważąca prawie 120 kilogramów byłam wyśpiewana przez wszystkich. Dziś – mniejsza o połowę – nie potrafię rozmawiać z tymi samymi ludźmi, którzy jeszcze niedawno odrzucili mnie z powodu nieapetycznego ciała. Marginesem i sierotą zostałam, mimo że kilogramy uleciały. Prawda jest taka, że, gdy raz cię zapamiętają – taką samą widzieć cię będą do końca życia.
Szkolne przerwy spędzam z Kretem i z jego głupkowatym kolegą, pomimo że nie chodzimy razem do klasy. On jest starszy ode mnie o rok i uczy się na zupełnie innym profilu. Kret to umysł ścisły, ja natomiast to humanista. Sławek, czyli głupkowaty kolega jest całkiem miły. Nikt go nie lubi, ponieważ swym zachowaniem i stylem ubioru dorobił się opinii „pedała”. Z przymusu, nie z wyboru koleguje się z Kretem, chociaż wydaje mi się, że chłopak darzy go o wiele większą sympatią, niż Kret jego. Wobec mnie Sławek jest w porządku, tylko że bez przerwy głupoty gada – z pozoru, lecz tak naprawdę dzieli się z nami swymi niespełnionymi marzeniami. Jak nie model, to tancerz. Jak nie tancerz, to piosenkarz. „Wielo-talent” – zdaniem Kreta nie posiada ani jednego jawnego talentu. No, może za wyjątkiem wkurzania swojego kolegi z ławki. Ma długie włosy, tępy wzrok, nosi obcisłe ubrania i nade wszystko kocha popowe gwiazdeczki. Gdyby nie on…chyba nie przychodziłabym na przerwach do Kreta, bo ten wydaje się być o wiele mniej kontaktowy, niż jego wygadany kolega. Czasem myślę, że narzucam się mu swym towarzystwem.
Zauważyłam, że jeżeli chodzi o osobników płci męskiej, dogaduje się przeważnie z tylko z tymi, co mają długie włosy. Kret, Sławek, brat Kreta, wujek Grzesiek…jedynie ksiądz Przemek ma krótkie, choć i tak korzystnie wygląda. Zresztą, ksiądz i długie włosy? Dla ludzi takich, jak moja matka faceci w długich włosach to sataniści i niechluje. Przez niego nikt nie chciałby chodzić do kościoła.
-Danuta! Wróciłam! Teraz zajmij się sprzątaniem!
-Mamo, ja teraz wychodzę…
-Gdzie?!
-Do koleżanki.
-A od kiedy ty masz jakąś koleżankę?
-Mam, mam…
Aby uniknąć sprzątania, wyszłam z domu i udałam się do księdza Przemka.
Na dworze było spokojnie. Wielka wichura tak nagle uciszyła się, z chmur wyszło niemrawe słońce – jedynie kropił deszcz, lecz… czego lepszego można było się spodziewać po październiku?