piątek, 7 maja 2010

1.

Siedziałam już tu dwie godziny. Cud, że jeszcze nie zasnęłam. „Pracownia” pani Nowakowej działała na mnie w bardzo negatywny sposób - wokół roiło się od książek, dyplomów, teczek i luźnych kartek. W tym niewątpliwie kojarzącym się przede wszystkim z nauką pomieszczeniu mój brat Tomasz się uczył pod okiem jego surowej nauczycielki matematyki pani Joanny Nowak. A co ja robię na korepetycjach brata? Tylko tyle, że pomagam mu dojść ze zwichniętą kostką, choć moim zdaniem sam równie dobrze o własnych siłach zdołałby się doczłapać z domu na korki i z korków do domu. Taki był rozkaz mojej matki –miałam pełnić rolę jego opiekuna, aby dzieciakowi nic się nie stało. Co każdy piątek o siedemnastej usypiam – jestem skazana na męczarnie. Czekam od dwóch do trzech godzin i wysłuchuje wykładów Nowakowej o działaniach na ułamkach, funkcjach liniowych czy o pierwiastkach. Do domu wyjść nie mogę, muszę czekać do tej pory, aż brat skończy i będzie wolny. Niestety moja wolność jest ograniczona przez zasadniczą matkę, która nigdy niczego nie może zrozumieć przez swoją, niekiedy aż śmieszną konserwatywność. Mój czternastoletni brat nie należy do wybitnych uczniów, nauka idzie mu bardzo mozolnie, przez co cierpię ja. Mówiłam matce, że jako starsza siostra sama mogę podjąć się nauczania tego małego debila, ale ona nadal swoje „Tomuś musi edukować się pod okiem doświadczonej osoby, a nie takiej cienizny z matematyki, jak ty”. Hola, hola, materiałów z drugiej gimnazjum jeszcze nie zapomniałam.
-Wreszcie, myślałem już, że nie wytrzymam. –odetchnął braciszek, kiedy pani Nowak powiedziała, że na dzisiaj już starczy. –Kurwa, cały czas myślę, jakby tu się odgryźć temu pojebanemu brudasowi!
-Tomuś, mamusia wie, że ty tak przeklinasz?
-Jak jej wygadasz, to nie żyjesz.
-Możesz mi wytłumaczyć dlaczego aż tak nienawidzisz Pawła? Za to, że ma długie włosy, nosi glany i śmierdzi? Co do ostatniego, to uwierz, ale ja nigdy nie poczułam od niego przykrego zapachu. Za to, że powiedział ci kilka niemiłych słów prawdy? Pogódź się, Tomaszu, że nie jesteś pępkiem świata i że masz wady, jakie dostrzegają u ciebie ludzie dużo starsi ?
-Brudas, szatanista jeden!
-Nie „szatanista”, tylko satanista.
Tomek nie chciał dokładnie powiedzieć, co właściwie zrobił lub powiedział mu Paweł –brat mojego kolegi od spraw lekcyjnych Kreta, który również na swojej głowie posiada chlubę, jaką są długie włosy u płci męskiej. Brat to typowy okaz młodego pokolenia –nie toleruje inności, uważa za małpy długowłosych facetów, mimo że sam zachowuje się i wygląda w tym dresiku jak taka małpa; zwłaszcza, kiedy nieudolnie próbuje rapować. Typową małpią cechą zauważalną u brata jest również chęć bycia samcem dominującym. Tomaszek zgrywa się, popisuje się przy dziewczynkach, by pokonać rywali i „wywalczyć” sobie śliczną dziewczynkę, z którą „jest” nie więcej niż dwa tygodnie. To się nazywa miłość wśród dzieci myślących, że są już wystarczająco dojrzali. I kto tu powiedział, że ludzie mają bardziej wykształcone umysły od zwierząt? Niektórzy swym jestestwem wyraźnie ku temu zaprzeczają.
-Tomek, Tomek…
-Nie denerwuj mnie, bo wygadam całej mojej szkole, że zakochałaś się w księdzu! Bo niby czemu na okrągło przesiadujesz w tym kościele? I to akurat wtedy, kiedy przyszedł nowy wikariusz!
Nie sądziłam, że jest on aż tak podejrzliwy. Bynajmniej nie chodzi mi o fakt zakochania się, bo to nie prawda, ale w życiu nie spodziewałabym się, że kto jak kto, ale Tomuś nie umie wysuwać czegoś takiego jak „wnioski”.
-Lubię księdza Przemysława, mądry z niego facet i skoro nie mam o czym porozmawiać z tobą, idę porozmawiać z nim. Wiem, że ty byś się wstydził iść do księdza, ale zrozum, że duchowny nie znaczy wcale niedostępny.
-Niedostępny??? O, widzę, że jednak startujesz?
-Źle mnie zrozumiałeś. Zresztą jak zawsze. Skończmy temat.
-Satanistka i ksiądz! Ale jaja! – kontynuował swe durne żarty. Postanowiłam już się nie odzywać, bo swym tłumaczeniem i tak już niczego bym nie wskórała. W pęknięte naczynie oleju się już nie napełni. On myśli stereotypowo, każdego noszącego „śmierdzące glany” i słuchającego „darcia ryja” z góry nazywa satanistą. – Bierz ty się lepiej za Pawła, ale gdy się z nim ożenisz, ja nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! Sama powiedziałaś kiedyś, że jest inteligentny. Ha, ha, ha…
Szliśmy tak przez ulicy. Podtrzymywałam brata, jak on twierdził robiłam mu tym sposobem siarę, ale fakt ten sprawiał, że przyjemnie mi się go podtrzymywało. Gdy idiota zobaczył nasz Klasztor, zaczął głupio gwizdać i udawać księdza Przemka. „Ujć! Ujć! Jestem sztywniakiem, prawiczkiem i wcale nie myślę o seksie! Ujć! Kochajcie Boga, bo Bóg kocha Was.”
Miałam ochotę go zabić, ale prędko przypomniało mi się, że gdybym zabiła Tomeczka, kochana mamusia zabiłaby mnie. I wtedy ksiądz Przemek musiałby odprawiać mój pogrzeb.
-A może kręcisz z tym nudziarzem Kretem?
-Zabawne. To tylko mój przyjaciel.
Po raz pierwszy tak o nim powiedziałam. Na dodatek odpowiadając na głupie pytanie mojego głupiego brata. Dotychczas był to „kolega od spraw lekcyjnych” – udzielał mi korepetycji, zanudzał chemią, z której naprawdę cienko pieję i marudził o zbliżającej się maturze. Rozumiał mnie, co nikomu wcześniej nigdy się nie udawało, bo jestem osobnikiem o jakże niesprecyzowanym charakterze pełnym wrogości i nienawiści do wszystkich wokół. Lecz…większości czasu przegadywał o nauce, wyczułam, że to przez myśl, że zanudza mnie swoimi poglądami. Znaliśmy się już bardzo długo, aczkolwiek „poznałam go” dopiero całkiem niedawno. W podstawówce był taką samą sierotą jak ja. Nie wymieniłam z nim żadnego słowa; nie chodził ze mną do klasy, ponieważ jest o rok starszy, ale i tak wydawało mi się, że wszystko wiem o tym nieśmiałym chłopcu, zbyt dojrzałym jak na swój wiek. Z gimnazjum go nie widziałam, ponieważ się wyprowadził. Dopiero rok temu znów wprowadził się do mojego miasta zupełnie odmieniony, lecz nadal taki zamknięty w sobie. Tym razem z jego twarzy nie wyczułam żadnej „nieśmiałości” (zapewne w podstawówce też błędnie myślałam), tylko zwyczajną niechęć do kontynuowania dialogu ze zwierzętami, jakimi okazali się jego koledzy z klasy. Poznaliśmy się na kółku geograficznym; on na nie uczęszczał, ponieważ bardzo interesował się geografią, ja natomiast tylko dlatego, by poprawić sobie ocenę z tego przedmiotu. Od razu wyczuł, że nie chodzi mi o pogłębianie swej wiedzy, lecz o własne cele, z których będą korzyści. Nauczyciel podzielił nas na dwuosobowe grupy, w których musieliśmy opracować prace na konkurs wojewódzki dotyczący Parków Narodowych. Wybrał mi Kreta. Dzięki przeogromnej, bezkresnej wiedzy Marka. K. zwanego Kretem z wiadomych przyczyn, nasza praca zajęła zaszczytne pierwsze miejsce. A dlaczego moje nazwisko znalazło się na tejże zwycięskiej pracy, skoro to on odwalał całą brudną robotę, a ja tylko zajęłam się oprawą graficzną? Do teraz głupio mi, ale ważne, że Kret się nie pogniewał.
Dlaczego nazwałam go moim przyjacielem? Nie wiem, może dlatego, że nigdy żadnego przyjaciela nie miałam i nie wiem, co to znaczy go mieć. Jeśli to znaczy „zawsze można na niego liczyć, zawsze pomoże, zawsze pocieszy i nie chce niczego w zamian” to śmiało można go tak nazwać, lecz…czasami myślę, że bycie przyjaciółmi to nie tylko to, co zostało podane wyżej.
A niczego innego wspaniałego w jego osobie nie odkryłam.
Jest taki „zwykły”, bo nie chce pokazać mi prawdziwego siebie. Wiem, że ma też inne pasje po za nauką, jak na przykład rzeźbiarstwo czy malarstwo. Nie znam go od wewnątrz, z pozoru wydaje być się nudziarzem i kujonem.
Za to jego brat Paweł von „satanista”, mimo że nie znam go osobiście, sprawia wrażenie zupełnego przeciwieństwa Kreta. On ma swoje poglądy, z którymi chętnie dzieli się z ludźmi, sprzeciwia się w czynny sposób ludzkiej pustocie umysłu, postraszył już swoimi ciężkimi glanami mnóstwo osób szydzących z niego. Takie wcielenia szatana, mimo że nie wygląda jak „zło wcielone” wzbudza w swoim rodzaju postrach wśród zadzierających z nim matołów. Paweł ani z wyglądu, jak z charakteru nie przypomina swojego spokojnego brata. To wysoki, szczupły, długowłosy blondyn o niebieskich oczach z satyrycznym poczuciem humoru. Twarz ma młodą i delikatną – nad czym ubolewa, bo wolałby mieć wielki zarost i mroczne rysy twarzy. Kret często śmieje się, że jego brat to przerost formy nad treścią – nie jest aż tak zły, na jakiego się kreuje. Jest mądry i inteligentny, chociaż czasem jak chyba każdy człowiek miewa swe głupie chwile. Nie jest także olśniewającym uczniem –można by powiedzieć, że uczy się całkiem cienko. Gra na gitarze w zespole podwórkowym, uczęszcza na walki rycerskie, profesjonalnie maluje swe czasem dziwne wizje oraz w czasie wolnym pomiędzy studiami dorabia sobie w własnym sklepiku, jaki prowadzi ze swoim kumplem. Sprzedaje tam akcesoria dla fanów mocnych brzmień. Jednym słowem bardzo kreatywny i twórczy z niego chłopak.
Jak już wspomniałam Kret niewiele ma ze swojego brata – jedynie tyle, co długie włosy i kontrowersyjne poglądy, które jednak trzyma tylko dla siebie. Włosy ma ciemne, a nie blond. Oczy brązowe, a nie niebieskie. Twarz również nie szczerzy mu się w sympatycznym dziecięcym uśmiechu. Nie ma tak licznych zainteresowań, przeważnie jest to nauka.
-I jak, synciu, zrozumiałeś wszystko, co wytłumaczyła ci pani Nowak? – w domu przywitała nas matka. –Siadaj i idź się jeszcze trochę poucz. Nauka dobrze ci zrobi. Odprężysz się po męczącym dniu.
-To miał być żart? – zapytał ironicznie brat. Wiedziałam już, że za moment mu się sięgnie.
-Nie, synu, to twoja przyszłość! Ty całe swe młode życie pracujesz na własną przyszłość! Chyba chciałbyś coś osiągnąć?! Mieć dobry zawód!
-Tak, mamo – odparł dla świętego spokoju Tomasz.
-A ty, Danuto, również zasuwaj do swojego pokoju i się ucz! Byłam ostatnio na wywiadówce i dowiedziałam się, że nieźle się pogorszyłaś! Oj, ja porozmawiam z ojcem! Dostaniesz taką wyrwę, że zapamiętasz to do końca życia.
„Koszmar” – pomyślałam to, co zawsze nasuwa mi się na myśl, gdy spędzam czas dłuższy niż dwie minuty z moją matką. Jakoś przyzwyczaiłam się już do tego koszmaru, bo przyszło mi znosić go już siedemnaście lat.
Poszłam do swojego pokoju i czekałam aż coś się wydarzy – potrafię czekać tak parę godzin w bezruchu, siedząc w jednej pozycji na poobdzieranym fotelu, myśląc o wszystkim i o niczym. Od początku analizować swój dzisiejszy dzień, wysunąć z niego wnioski i refleksje; a gdy takowy dzień był ubogi w treść, pomyśleć, co mogę jeszcze zrobić, by nie był on dniem zmarnowanym. Przeważnie do niczego ciekawego nie dochodzę i wyczerpana idę spać.
-Danka, jakiś kolega do ciebie! –z zamyśleń wyrwała mnie matka.
-Co?
-Nie przestawiał się. Pewnie jakiś niewychowany, z kim ty, dziecko, się spotykasz? Nawet matce nie raczyłaś przedstawić swojego wybranka?
-Nie mam żadnego wybranka.
-A kiedy sobie wreszcie znajdziesz? Masz już tyle lat, a jeszcze nigdy chłopaka nie miałaś!
-Bo „chłopaka” nie można „mieć”, mamo. Cóż to za głupie sformułowanie.
Cały czas zastanawiałam się, kto to może być. Może to jakiś kuzyn po latach przypomniał sobie o mojej osobie?
Wyszłam na korytarz, by powitał niespodziewanego gościa. Wraz za mną stała matka, jakby chciała się przyjrzeć, kogo sobie „sprowadziłam” do domu. Gdy już go ujrzała, jej twarz od razu wykrzywiła się w grymasie niezadowolenia i rozczarowania. Ja natomiast się zdziwiłam –nigdy on nie przychodził do mojego domu. To był Kret – ku mojego zadziwieniu nie miał na plecach żadnego plecaka ani nie trzymał w ręku żadnych książek.
-Wybacz, że tak bez zapowiedzi, ale…
-Właź. –zaprowadziłam go gestem do mojego pokoju.
Był jakiś niemrawy. Nie wiedział czy ma stać, czy może usiąść. Patrzył w niewiadomy punkt, wciąż przełykając ślinę.
-Mój ojciec nie żyje. Nie wiem czy powinienem, ale tylko ty jesteś osobą, która…
Nie wiedziałam co zrobić, co mu odpowiedzieć. Nie umiałam go pocieszyć – pocieszanie zawsze wychodzi mi krytycznie. Nie potrafię dobrać właściwych słów, zwłaszcza, że dowiedziałam się o tym tak nagle. Kret nie wyglądał, jakby za chwile miał mi się z płaczem rzucić w ramiona.
-Przykro mi, ale… - wydukałam z siebie ledwością sił.
-Chciałbym cię prosić, abyś poszła ze mną na ceremonie pogrzebową. Matka nie chce na to patrzeć, a Paweł to zagorzały ateista i antychryst. Ale ja czuję, że muszę…
Z bólem patrzyłam, jak on próbuje być twardy i niewzruszony. Starał się nie rozpłakać, co chwilę połykając ślinę, ale ja wiedziałam, że za długo tak nie wytrzyma. Bałam się własnej reakcji – co ja zrobię, gdy on się rozpłacze? Momentalnie przypomniał mi się jego ojciec –wiecznie uśmiechnięty policjant z wąsikiem. Gdy pytał się mnie na ulicy, co u mnie słychać, gdy narzekał zupełnie nieznanym ludziom na bolące korzonki, gdy wesoło uśmiechał się do wszystkich. Nie był starym człowiekiem, mimo że w średnim wieku, to zawsze kwitnął rozpierającym wigorem. Łamał stereotyp surowego policjanta z pałką w ręku, który czepia się wszystkich o praktycznie wszystko. Z całych sił chciał zwalczyć chuligaństwo i agresję w naszym mieście; nie siedział tylko z tyłkiem i nie pierdział w stołek. Dał się lubić zarówno wśród ludzi starszych, jak i młodzieży rodu „HWDP”.
-Nie rycz. To mój ojciec umarł, a nie twój.
Nie wiedziałam nawet, że z oczu poleciały mi łzy. Kret uśmiechnął się lekko i objął mnie ramieniem. Czułam się niezręcznie, bo to ja powinnam go pocieszać, a nie on mnie. Sytuacja wymknęła się spod kontroli, bo nie potrafiłam delikatnie i niepostrzeżenie wymknąć się z jego uścisku. Poczułam się kompletnie beznadziejna. Dlaczego nie umiem być ludzka?
-Zrobić wam herbatę?
Nagle drzwi mojego pokoju otworzyły się. Stanęła w nich mama. Na widok swojej córki i jej kolegi przytulonych strasznie pobladła. Wpatrywała się w nas jakby zobaczyła zmartwychwstałego Chrystusa. My także zesztywnieliśmy – z naszych impulsów nerwowych nawet nie zdążył dobiec sygnał, by się szybko puścić i zacząć się tłumaczyć. Dopiero, gdy wyszła, nie dostając żadnej odpowiedzi na wcześniej zadane pytanie, Kret momentalnie mnie puścił.
-Głupio wyszło. Przepraszam.
-To nie twoja wina, Kreciu. Nie mogłeś przewidzieć, że lada chwila ona tu wejdzie. Co do… oczywiście, że mogę iść z tobą na pogrzeb.
Cały czas czułam, że on wciąż mnie przytula. Nie mogłam zrzucić ze swojego ciała jego uścisku. Wciąż go czułam, te jego kościste łapy i sypiące się po moim ramieniu jego długie, ciemne włosy. Sięgały one za połowę pleców. Biorąc pod uwagę wygląd zewnętrzny mojego kolegi, był on nieziemsko przystojny w swej, dla wielu –brzydocie. Może dlatego chwile, gdy mnie przytulał były tak niebiańsko przyjemne?
-Dzięki, nie wiem, jak ci podziękować.
Nie chcąc dłużej się narzucać, wyszedł.
Kiedy matka upewniła się, że w moim pokoju już nikogo nie ma, weszła z surową miną.
-Kto to był?! Wszystko widziałam! Dlaczego zataiłaś przed matką to, że masz chłopaka?!
-Ojciec mu umarł, chciałam go jakoś pocieszyć.
-Taaa…a może pies mu umarł?! Co ty myślisz, dziewczyno, że jestem naiwną matką i będę wierzyć w takie bzdury!? Powiem ci tylko, że nie podoba mi się ten młodzieniec. Długie włosy u chłopaka? Jak to w ogóle wygląda!? Na dodatek ma twarz cholernie brzydką! Nie wiadomo czy to baba czy taki brzydki chłop! Za kogo ty się w ogóle wzięłaś? Zupełnie nie masz gustu! Jak on się nazywa?
-Stefan Pierdzidupa.
Matka przez chwilę zastanawiała się czy zna kogoś takiego, ale po paru sekundach spojrzała na mnie spode łba i zaczęła się drzeć: „Nie żartuj sobie z matki!”. Wolałam zejść jej z oczu.
Zaczęłam myśleć, jak zachowam się na pogrzebie. Zupełnie nie znam rodziny Kreta. Boję się, że te wszystkie ciotki, nie ciotki będą rzucać na mnie dziwne spojrzenia i między sobą komentować, kim jest ta nieznajoma, która przyszła tutaj razem z synem pogrzebanego. Wyobraziłam sobie, że pod wpływem sytuacji, Kret rozpłacze się. Dzisiaj był twardy, lecz widząc trumnę może nie wytrzymać. Głupio czułam się z faktem, że Kret mnie o to poprosił. Nie jestem dla niego nikim bliskim –przynajmniej on nikim bliskim dla mnie nie jest. Jestem niewdzięczna i wymagająca, co chwilę go przedrzeźniam i wyolbrzymiam jego największe wady czy choćby zamiłowanie do nauki. Czasami potrafię śmiać się ze wszystkich i ze wszystkiego, nie pominąwszy siebie samej. We wszystkim jestem w stanie wydobyć ironię i w karykaturalny sposób deformować rzeczywistość. Miewam różne zmienne nastroje – raz narzekam i wciąż nad sobą się użalam, a drugi raz z niewiadomo jakich przyczyn cieszę się, że żyję na tym durnym ziemskim padole.
Boli mnie to, że on zapewne myśli, że jestem osobą godną zaufania. Tym czasem jest na odwrót. Dość mam tego, że on widzi mnie inaczej. A może nawet traktuje mnie jak swoją przyjaciółkę?
Jestem prawdziwym unikatem: wrażliwa i uczuciowa, a zarazem cyniczna i bez serca.
Kret nigdy moim przyjacielem nie zostanie, bo nie potrafi mnie zrozumieć. Jest taki naiwny, ufny i zwyczajny.