Deszcz padał już od samego rana, jak gdyby zwiastował ten melancholijny dzień pogrzebu. Wyszłam wcześniej, by kupić w najbliższej kwiaciarni jakąś wiązankę. „Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie” - nie podpisywałam się, ponieważ uznałam, że nie byłam nikim ważnym dla tego człowieka. Możliwe też, że nawet nie wiedział kim jest Danuta G. Wątpię, by Kret opowiadał mu o swojej koleżance. Odszukałam go prędko w kościele –widziałam, jak wszyscy ludzie lustrowali go wzrokiem, samotnie siedzącego w ostatniej ławce. Domyśliłam się, że pewnie ci ludzie byli zaszokowani, że zjawił się bez swojej rodziny. Gdzie jest żona zmarłego? Gdzie jego reszta dzieci? Gdyby tylko ich myśli potrafiły mówić, narobiłyby hałasu w całym kościele.
Usiadłam obok Kreta. Wpatrywałam się przez piętnaście minut w obraz świętego Franciszka, który wisiał na ścianie bocznej. Starałam się zapomnieć, gdzie jestem i w jakim celu tutaj przyszłam. Dopiero, gdy usłyszałam „go”, oprzytomniałam.
-Śmierć nadchodzi nagle. Nie zna ani dnia, ani godziny. Zabiera człowieka, zostawiając ogromną pustkę wśród jego krewnych i przyjaciół. Często trudno jest pozbierać się po śmierci najbliższego, ale zrozumieć trzeba, że tak miało być. To Bóg posłał go na ten świat i to Bóg wezwał go do siebie.
Patrzyłam, jak odprawia mszę żałobną, a ludzie zamiast okazać trochę szacunku, plotkowali między sobą. Rozchichotanym dwóm staruszkom z pierwszej ławki nie zamykała się buzia, kolegom z pracy policjanta także. Wszyscy ci ludzie odpłynęli stąd i przenieśli się jakby na ulicę – nie panowali nad słowami, z oburzeniem komentowali niedobre sałatki, które sprzedawane są w warzywniaku za rogiem.
-Śmierć jest jak zaklejona proteza nazębna. Gdy się zamknie, nagle nastaje spokój. Och, przykro mi stwierdzić, ale po części z was widać, że jesteście tu z przymusu. Niektóry ludzie są właśnie, jak taka spleśniała sałatka. Na zewnątrz prezentują się ładnie, lecz wnętrze jest już zepsute. Nie umieją się nawet zachować z szacunkiem w dzień pogrzebu osoby, którą znali, z którą byli spokrewnieni. Będę się modlił za duszę zmarłego i za wasze dusze, by Duch Święty oświecił wasze umysły i nauczył was pobożności i bojaźni bożej.
-Ten nowy, młody ksiądz jest jakiś dziwny. –powiedział cicho Kret, gdy ksiądz Przemysław kończył wygłaszać swoje kazanie. –Ale niestety miał rację.
Msza się zakończyła. Ludzie zaczęli wychodzić, komentując ostro jak bardzo są zbulwersowani słowami księdza. W czas, gdy Kret przyjmował kondolencję, oddaliłam się na moment, by wejść jeszcze raz do kościoła. Ujrzałam tam księdza Przemysława, który klęcząc przed ołtarzem, modlił się. Odwrócił się, gdy usłyszał kroki. Uśmiechnął się na mój widok i gestem zaprosił mnie do wspólnej modlitwy. Uklękłam tuż obok niego, wyciągnęłam różaniec i zaczęłam się modlić. Po odmówionej dziesiątce podziękował mi, a ja wróciłam do Kreta, trzymającego mnóstwo kwiatów. Odebrałam od niego część, ponieważ był zbyt bardzo obciążony.
-Mógł sobie podarować tę sugestie. Jest zbyt bezpośredni. –powiedział Kret.
-Ja go rozumiem, na jego miejscu też byś się zdenerwował. Widać, że on robi to z powołania, a nie dlatego, by dostawać kupę szmalu na składkę.
-Ale to jest pogrzeb. Nie musiał robić przedstawienia.
Nie chciałam już dłużej o tym dyskutować, ponieważ bałam się, że prędzej czy później mogłoby dojść do kłótni. Z kościoła udaliśmy się na barbórkę, a z niej na cmentarz. Dalszą część pogrzebu odprawiał już ksiądz proboszcz.
-Masz chusteczkę?
-Czekaj, już ci daję…
Nie płakał, lecz miał łzy w oczach. Nagle za tłumem ministrantów zobaczyłam znajomą twarz księdza skupioną w modlitwie. Wstyd się przyznać, ale kompletnie zapomniałam, że jestem na pogrzebie.
W dzieciństwie bałam się pogrzebów; bałam się trumny, bałam się tej smutnej atmosfery, jaka wtedy panuje na cmentarzu. Mając cztery czy pięć lat umarła moja babcia. Pamiętam jeszcze zapłakane twarze rodziców – nie wiedziałam wtedy dokładnie, co tak właściwie się stało, że oni płaczą. Oni nigdy dotąd przy mnie nie uronili ani jednej łzy. To mnie pocieszali, gdy płakałam. Stałam przy nich, tata objął mnie silną ręką i uspokajał mamę. Mama była dla mnie autorytetem – wzorem silnego i niepłaczącego człowieka, którym chciałam być. Na pogrzebie zawiodłam się, autorytet gdzieś uleciał, rozpuścił się w powietrzu. Straciłam do niej zaufanie. Przestałam traktować ją z szacunkiem. Stała się na równi dziecinna, jak dziewczynki z mojego przedszkola. Brakowało mi jedynie babci - „chociaż ona jest twarda i nie płacze”, tylko…gdzie ona się podziała? Przecież miała szybko wrócić ze szpitala.
Dopiero z czasem płacz przestał być hańbą i oznaką niedojrzałości. Aby to zrozumieć potrzebowałam przeżyć kilkanaście lat na tym świecie. Chociaż…nadal wstydzę się płakać, gdy ktoś widzi moje łzy.
Nieswojo czułam się na pogrzebie Kreta ojca.
Nieswojo czułam się przy Krecie.
Odśpiewywano nad trumną te żałobne pieśni, które cofały mnie do czasów dzieciństwa.
Deszcz zaczynał padać coraz mocniej. Ludzie po odprawieniu ceremonii ustawili się w kolejce, by uczcić zmarłego wiązanką pełną licznych kwiatów. Jako ostatnia wrzuciłam na grób symboliczny bukiet białych róż. Bez słowa wyszliśmy z cmentarza. Ksiądz Przemysław cały czas skupiony modlitwie zbierał róże, które wywiał mocny wiatr. Zebrał je do kupy, związał w różnobarwny bukiet i ponownie położył na grób. Kret milczał przez prawie całą drogę. Co chwila ktoś rzucał mu litościwe spojrzenia. Nie mógł uwolnić się od nich. Starał się je ignorować. Widział, lecz udawał, że ich nie dostrzega.
- A jakieś stypy są, drogi młodzieńcze? –zapytała Kreta jakaś nieznana mi starsza kobieta.
Odpowiedź ze strony Kreta nie nastąpiła. Dalsze pytania ze strony ciotek także. Wszyscy udali się do swoich domów. Kret podziękował mi za przyjście i się pożegnaliśmy.
Znów poczułam się jak idiotka. On jest dla mnie taki uprzejmy, a ja obrabiam mu dupę częściej niż najgorszemu wrogowi, jakich mam pełno.
-Oj, dzień dobry, Danuto! Widzę, że wróciłaś już z pogrzebu. – W drzwiach powitał mnie mój brat – Wyglądasz jak zmokła kura. Idź się przebierz!
Choćby taka mała „troska” o mnie była do Tomasza niepodobna.
-Zrobiłem budyń. – zakomunikował.
-Smak?
-Czekoladowy, twój ulubiony, ale i tak go nie dostaniesz. Chyba nie chcesz znów ważyć 115 kilogramów i nosić rozmiaru 52, co?
-A, odwal się!
Tomasz jest okropny. Satysfakcję mu daje zdołowanie człowieka, przypominając mu stare czasy. Zmagania się z otyłością to na szczęście już przeszłość, lecz pamiętam ten ból i łzy, jaki musiałam przeżywać. Nie dość, że na pogrzebie straciłam ochotę do życia, po Tomasza głupim gadaniu, ochota kompletnie wyparowała.
-No żartuję, siostra. Nie wkurzaj się, no! A… jak tam twój słodziaczek?
-Kto? –początkowo myślałam, że chodzi mu o Kreta.
-No, Przemuś!
Gdy usłyszałam, że szanowny brat zaczyna o domniemanym zauroczeniu księdzem Przemkiem, wyszłam. On wyszedł wraz ze mną.
-Lekcje zrobione?
-Pewnie cały czas patrzyłaś w te jego brązowe oczęta i marzyłaś o upojnych nocach z…
-Zamknij się!
-Ale, poważnie! Wy…pasujecie do siebie. Ty taka nudna, on też taki nudny. Grzeczny, ułożony, na pewno prawiczek. Młody ksiądz świeżo po studiach – myślisz, że on do końca świadomy był swego „powołania”? Może to tylko kwestia chwili. Podjął złą decyzję, której będzie żałował. Gdy pozna ciebie, zakocha się w tobie, dozna wielkiej, prawdziwej miłości, zrozumie, co on, do cholery jasnej, zrobił! Ściągnie dla ciebie koloratkę, weźmiecie ślub, spłodzicie dzieci…
Mówiąc, wczuwał się strasznie. Nie wiedziałam, czy to było prawdziwe, czy to tylko część jego ironicznego przedstawienia.
-Dlaczego ja cię tak bardzo nienawidzę? Dlaczego? Teraz już chyba wiem dlaczego.
-A ja cię kocham, Danusiu!
-Ty już kompletnie na łeb upadłeś!
-Och, czemuż ty moją miłością gardzisz? Przyjmij mą miłość braterską, choć godzien nie jestem. – mówił jak pijany Mickiewicz.
-Kiepski z ciebie poeta.
-Wiem, wiem.
Kolejne dni uświadamiały mi, jakim cudownym człowiekiem jest ksiądz Przemek. Pomagał mi znaleźć swą zaniedbaną i zardzewiałą wiarę. Wydobył ją i poradził co robić, by jej nie zgubić któregoś dnia. Uczył mnie ją pielęgnować, by stawała się coraz silniejsza. Powtarzał, ze mam traktować ją, jak najdroższą i najcenniejszą roślinę; jak kwiat, który bez modlitwy i miłości do Boga więdnie.
-„(…) Rozumiem, że to jest trudne. Z wiarą jest o wiele trudniej postępować, niż z rośliną. Roślinie trzeba wody – efekty każdego dnia oglądać możesz w doniczce. Możesz ocenić czy stała się piękniejsza, czy zmizerniała. Wiara nie jest czymś namacalnym. Nie widzisz jej –nie możesz oczyma ujrzeć, czy stała się mocniejsza, czy też słabsza. Nie widzisz jej, lecz czujesz. To nie twoje oczy, lecz serce ma ją oceniać. Pamiętaj, że dobrze widzi się tylko sercem, mimo że nie jest to takie proste i jasne. Oczy ujrzą wszystko, serce nie. To zależy tylko od ciebie, czy otworzysz swe serce na głęboką wiarę, czy nie. Czy pozwolisz jej w nim zamieszkać. Otwórz serce na miłość Chrystusową i tą też miłością codziennie karm swą wiarę. Nie wodą, tylko właśnie tą miłością.”
Każdego dnia chodziłam do księdza na herbatkę. Nie, nie „wpraszałam się” – ksiądz Przemek sam prosił, bym go odwiedzała. Powiedział, że ludzie wstydzą się lub nie mają odwagi z własnej woli do niego przyjść. Z racji, że jest duchownym, traktują go na innym poziomie, w innej kategorii, gdy naprawdę jest takim samym człowiekiem, jak wszyscy.
-„Nie jestem przecież pustelnikiem. Po za rozmową z Bogiem bardzo ważny jest także kontakt z drugim człowiekiem. Z parafianami kontakt mam tylko na Mszy Świętej, choć…jest to bardziej monolog, niż dialog, ponieważ to ja do nich mówię i nie mam możliwości wysłuchania tego, co oni mają mi do powiedzenia. Z tobą miło się rozmawia. Jeśli masz czas, przyjdź do mnie. Nie zmuszam cię, lecz proszę, tak z potrzeby serca…”
-Dla księdza wszystko.
I wtedy wyrwało mi się to niechcący. Zrobiło mi się wstyd. Niestety moich głupich stwierdzeń odkręcić się nie da. Bałam się, że ksiądz może pomyśleć sobie coś, co nie jest prawdą. Ja, ja po prostu kocham rozmawiać z tym człowiekiem. Nie tylko o Bogu, lecz o wszystkim – nawet tym najbardziej błahym i bezsensownym. Nikt mnie tak nie wysłucha i nie zrozumie, jak on. Zwierzam mu się z problemów w szkole, dzielę się z nim moją samotnością i przygnębieniem. Otwieram się przy nim…
Zupełnie inaczej jest przy Krecie. On nawija tylko o nauce, o przyszłości i o innych dołujących mnie rzeczach. Łączy nas jedynie to, że obydwaj jesteśmy odtrąceni przez szkolne otoczenie, choć… ja nawet bardziej, bo on ma chociaż głupiutkiego i naiwnego kolegę z ławki – Sławka – który ma „swój styl i talent”. Ja natomiast nikogo nie mam. Nikogo. przez wielkie N. Jako wielka Danuta ważąca prawie 120 kilogramów byłam wyśpiewana przez wszystkich. Dziś – mniejsza o połowę – nie potrafię rozmawiać z tymi samymi ludźmi, którzy jeszcze niedawno odrzucili mnie z powodu nieapetycznego ciała. Marginesem i sierotą zostałam, mimo że kilogramy uleciały. Prawda jest taka, że, gdy raz cię zapamiętają – taką samą widzieć cię będą do końca życia.
Szkolne przerwy spędzam z Kretem i z jego głupkowatym kolegą, pomimo że nie chodzimy razem do klasy. On jest starszy ode mnie o rok i uczy się na zupełnie innym profilu. Kret to umysł ścisły, ja natomiast to humanista. Sławek, czyli głupkowaty kolega jest całkiem miły. Nikt go nie lubi, ponieważ swym zachowaniem i stylem ubioru dorobił się opinii „pedała”. Z przymusu, nie z wyboru koleguje się z Kretem, chociaż wydaje mi się, że chłopak darzy go o wiele większą sympatią, niż Kret jego. Wobec mnie Sławek jest w porządku, tylko że bez przerwy głupoty gada – z pozoru, lecz tak naprawdę dzieli się z nami swymi niespełnionymi marzeniami. Jak nie model, to tancerz. Jak nie tancerz, to piosenkarz. „Wielo-talent” – zdaniem Kreta nie posiada ani jednego jawnego talentu. No, może za wyjątkiem wkurzania swojego kolegi z ławki. Ma długie włosy, tępy wzrok, nosi obcisłe ubrania i nade wszystko kocha popowe gwiazdeczki. Gdyby nie on…chyba nie przychodziłabym na przerwach do Kreta, bo ten wydaje się być o wiele mniej kontaktowy, niż jego wygadany kolega. Czasem myślę, że narzucam się mu swym towarzystwem.
Zauważyłam, że jeżeli chodzi o osobników płci męskiej, dogaduje się przeważnie z tylko z tymi, co mają długie włosy. Kret, Sławek, brat Kreta, wujek Grzesiek…jedynie ksiądz Przemek ma krótkie, choć i tak korzystnie wygląda. Zresztą, ksiądz i długie włosy? Dla ludzi takich, jak moja matka faceci w długich włosach to sataniści i niechluje. Przez niego nikt nie chciałby chodzić do kościoła.
-Danuta! Wróciłam! Teraz zajmij się sprzątaniem!
-Mamo, ja teraz wychodzę…
-Gdzie?!
-Do koleżanki.
-A od kiedy ty masz jakąś koleżankę?
-Mam, mam…
Aby uniknąć sprzątania, wyszłam z domu i udałam się do księdza Przemka.
Na dworze było spokojnie. Wielka wichura tak nagle uciszyła się, z chmur wyszło niemrawe słońce – jedynie kropił deszcz, lecz… czego lepszego można było się spodziewać po październiku?
Usiadłam obok Kreta. Wpatrywałam się przez piętnaście minut w obraz świętego Franciszka, który wisiał na ścianie bocznej. Starałam się zapomnieć, gdzie jestem i w jakim celu tutaj przyszłam. Dopiero, gdy usłyszałam „go”, oprzytomniałam.
-Śmierć nadchodzi nagle. Nie zna ani dnia, ani godziny. Zabiera człowieka, zostawiając ogromną pustkę wśród jego krewnych i przyjaciół. Często trudno jest pozbierać się po śmierci najbliższego, ale zrozumieć trzeba, że tak miało być. To Bóg posłał go na ten świat i to Bóg wezwał go do siebie.
Patrzyłam, jak odprawia mszę żałobną, a ludzie zamiast okazać trochę szacunku, plotkowali między sobą. Rozchichotanym dwóm staruszkom z pierwszej ławki nie zamykała się buzia, kolegom z pracy policjanta także. Wszyscy ci ludzie odpłynęli stąd i przenieśli się jakby na ulicę – nie panowali nad słowami, z oburzeniem komentowali niedobre sałatki, które sprzedawane są w warzywniaku za rogiem.
-Śmierć jest jak zaklejona proteza nazębna. Gdy się zamknie, nagle nastaje spokój. Och, przykro mi stwierdzić, ale po części z was widać, że jesteście tu z przymusu. Niektóry ludzie są właśnie, jak taka spleśniała sałatka. Na zewnątrz prezentują się ładnie, lecz wnętrze jest już zepsute. Nie umieją się nawet zachować z szacunkiem w dzień pogrzebu osoby, którą znali, z którą byli spokrewnieni. Będę się modlił za duszę zmarłego i za wasze dusze, by Duch Święty oświecił wasze umysły i nauczył was pobożności i bojaźni bożej.
-Ten nowy, młody ksiądz jest jakiś dziwny. –powiedział cicho Kret, gdy ksiądz Przemysław kończył wygłaszać swoje kazanie. –Ale niestety miał rację.
Msza się zakończyła. Ludzie zaczęli wychodzić, komentując ostro jak bardzo są zbulwersowani słowami księdza. W czas, gdy Kret przyjmował kondolencję, oddaliłam się na moment, by wejść jeszcze raz do kościoła. Ujrzałam tam księdza Przemysława, który klęcząc przed ołtarzem, modlił się. Odwrócił się, gdy usłyszał kroki. Uśmiechnął się na mój widok i gestem zaprosił mnie do wspólnej modlitwy. Uklękłam tuż obok niego, wyciągnęłam różaniec i zaczęłam się modlić. Po odmówionej dziesiątce podziękował mi, a ja wróciłam do Kreta, trzymającego mnóstwo kwiatów. Odebrałam od niego część, ponieważ był zbyt bardzo obciążony.
-Mógł sobie podarować tę sugestie. Jest zbyt bezpośredni. –powiedział Kret.
-Ja go rozumiem, na jego miejscu też byś się zdenerwował. Widać, że on robi to z powołania, a nie dlatego, by dostawać kupę szmalu na składkę.
-Ale to jest pogrzeb. Nie musiał robić przedstawienia.
Nie chciałam już dłużej o tym dyskutować, ponieważ bałam się, że prędzej czy później mogłoby dojść do kłótni. Z kościoła udaliśmy się na barbórkę, a z niej na cmentarz. Dalszą część pogrzebu odprawiał już ksiądz proboszcz.
-Masz chusteczkę?
-Czekaj, już ci daję…
Nie płakał, lecz miał łzy w oczach. Nagle za tłumem ministrantów zobaczyłam znajomą twarz księdza skupioną w modlitwie. Wstyd się przyznać, ale kompletnie zapomniałam, że jestem na pogrzebie.
W dzieciństwie bałam się pogrzebów; bałam się trumny, bałam się tej smutnej atmosfery, jaka wtedy panuje na cmentarzu. Mając cztery czy pięć lat umarła moja babcia. Pamiętam jeszcze zapłakane twarze rodziców – nie wiedziałam wtedy dokładnie, co tak właściwie się stało, że oni płaczą. Oni nigdy dotąd przy mnie nie uronili ani jednej łzy. To mnie pocieszali, gdy płakałam. Stałam przy nich, tata objął mnie silną ręką i uspokajał mamę. Mama była dla mnie autorytetem – wzorem silnego i niepłaczącego człowieka, którym chciałam być. Na pogrzebie zawiodłam się, autorytet gdzieś uleciał, rozpuścił się w powietrzu. Straciłam do niej zaufanie. Przestałam traktować ją z szacunkiem. Stała się na równi dziecinna, jak dziewczynki z mojego przedszkola. Brakowało mi jedynie babci - „chociaż ona jest twarda i nie płacze”, tylko…gdzie ona się podziała? Przecież miała szybko wrócić ze szpitala.
Dopiero z czasem płacz przestał być hańbą i oznaką niedojrzałości. Aby to zrozumieć potrzebowałam przeżyć kilkanaście lat na tym świecie. Chociaż…nadal wstydzę się płakać, gdy ktoś widzi moje łzy.
Nieswojo czułam się na pogrzebie Kreta ojca.
Nieswojo czułam się przy Krecie.
Odśpiewywano nad trumną te żałobne pieśni, które cofały mnie do czasów dzieciństwa.
Deszcz zaczynał padać coraz mocniej. Ludzie po odprawieniu ceremonii ustawili się w kolejce, by uczcić zmarłego wiązanką pełną licznych kwiatów. Jako ostatnia wrzuciłam na grób symboliczny bukiet białych róż. Bez słowa wyszliśmy z cmentarza. Ksiądz Przemysław cały czas skupiony modlitwie zbierał róże, które wywiał mocny wiatr. Zebrał je do kupy, związał w różnobarwny bukiet i ponownie położył na grób. Kret milczał przez prawie całą drogę. Co chwila ktoś rzucał mu litościwe spojrzenia. Nie mógł uwolnić się od nich. Starał się je ignorować. Widział, lecz udawał, że ich nie dostrzega.
- A jakieś stypy są, drogi młodzieńcze? –zapytała Kreta jakaś nieznana mi starsza kobieta.
Odpowiedź ze strony Kreta nie nastąpiła. Dalsze pytania ze strony ciotek także. Wszyscy udali się do swoich domów. Kret podziękował mi za przyjście i się pożegnaliśmy.
Znów poczułam się jak idiotka. On jest dla mnie taki uprzejmy, a ja obrabiam mu dupę częściej niż najgorszemu wrogowi, jakich mam pełno.
*
-Oj, dzień dobry, Danuto! Widzę, że wróciłaś już z pogrzebu. – W drzwiach powitał mnie mój brat – Wyglądasz jak zmokła kura. Idź się przebierz!
Choćby taka mała „troska” o mnie była do Tomasza niepodobna.
-Zrobiłem budyń. – zakomunikował.
-Smak?
-Czekoladowy, twój ulubiony, ale i tak go nie dostaniesz. Chyba nie chcesz znów ważyć 115 kilogramów i nosić rozmiaru 52, co?
-A, odwal się!
Tomasz jest okropny. Satysfakcję mu daje zdołowanie człowieka, przypominając mu stare czasy. Zmagania się z otyłością to na szczęście już przeszłość, lecz pamiętam ten ból i łzy, jaki musiałam przeżywać. Nie dość, że na pogrzebie straciłam ochotę do życia, po Tomasza głupim gadaniu, ochota kompletnie wyparowała.
-No żartuję, siostra. Nie wkurzaj się, no! A… jak tam twój słodziaczek?
-Kto? –początkowo myślałam, że chodzi mu o Kreta.
-No, Przemuś!
Gdy usłyszałam, że szanowny brat zaczyna o domniemanym zauroczeniu księdzem Przemkiem, wyszłam. On wyszedł wraz ze mną.
-Lekcje zrobione?
-Pewnie cały czas patrzyłaś w te jego brązowe oczęta i marzyłaś o upojnych nocach z…
-Zamknij się!
-Ale, poważnie! Wy…pasujecie do siebie. Ty taka nudna, on też taki nudny. Grzeczny, ułożony, na pewno prawiczek. Młody ksiądz świeżo po studiach – myślisz, że on do końca świadomy był swego „powołania”? Może to tylko kwestia chwili. Podjął złą decyzję, której będzie żałował. Gdy pozna ciebie, zakocha się w tobie, dozna wielkiej, prawdziwej miłości, zrozumie, co on, do cholery jasnej, zrobił! Ściągnie dla ciebie koloratkę, weźmiecie ślub, spłodzicie dzieci…
Mówiąc, wczuwał się strasznie. Nie wiedziałam, czy to było prawdziwe, czy to tylko część jego ironicznego przedstawienia.
-Dlaczego ja cię tak bardzo nienawidzę? Dlaczego? Teraz już chyba wiem dlaczego.
-A ja cię kocham, Danusiu!
-Ty już kompletnie na łeb upadłeś!
-Och, czemuż ty moją miłością gardzisz? Przyjmij mą miłość braterską, choć godzien nie jestem. – mówił jak pijany Mickiewicz.
-Kiepski z ciebie poeta.
-Wiem, wiem.
**
Kolejne dni uświadamiały mi, jakim cudownym człowiekiem jest ksiądz Przemek. Pomagał mi znaleźć swą zaniedbaną i zardzewiałą wiarę. Wydobył ją i poradził co robić, by jej nie zgubić któregoś dnia. Uczył mnie ją pielęgnować, by stawała się coraz silniejsza. Powtarzał, ze mam traktować ją, jak najdroższą i najcenniejszą roślinę; jak kwiat, który bez modlitwy i miłości do Boga więdnie.
-„(…) Rozumiem, że to jest trudne. Z wiarą jest o wiele trudniej postępować, niż z rośliną. Roślinie trzeba wody – efekty każdego dnia oglądać możesz w doniczce. Możesz ocenić czy stała się piękniejsza, czy zmizerniała. Wiara nie jest czymś namacalnym. Nie widzisz jej –nie możesz oczyma ujrzeć, czy stała się mocniejsza, czy też słabsza. Nie widzisz jej, lecz czujesz. To nie twoje oczy, lecz serce ma ją oceniać. Pamiętaj, że dobrze widzi się tylko sercem, mimo że nie jest to takie proste i jasne. Oczy ujrzą wszystko, serce nie. To zależy tylko od ciebie, czy otworzysz swe serce na głęboką wiarę, czy nie. Czy pozwolisz jej w nim zamieszkać. Otwórz serce na miłość Chrystusową i tą też miłością codziennie karm swą wiarę. Nie wodą, tylko właśnie tą miłością.”
Każdego dnia chodziłam do księdza na herbatkę. Nie, nie „wpraszałam się” – ksiądz Przemek sam prosił, bym go odwiedzała. Powiedział, że ludzie wstydzą się lub nie mają odwagi z własnej woli do niego przyjść. Z racji, że jest duchownym, traktują go na innym poziomie, w innej kategorii, gdy naprawdę jest takim samym człowiekiem, jak wszyscy.
-„Nie jestem przecież pustelnikiem. Po za rozmową z Bogiem bardzo ważny jest także kontakt z drugim człowiekiem. Z parafianami kontakt mam tylko na Mszy Świętej, choć…jest to bardziej monolog, niż dialog, ponieważ to ja do nich mówię i nie mam możliwości wysłuchania tego, co oni mają mi do powiedzenia. Z tobą miło się rozmawia. Jeśli masz czas, przyjdź do mnie. Nie zmuszam cię, lecz proszę, tak z potrzeby serca…”
-Dla księdza wszystko.
I wtedy wyrwało mi się to niechcący. Zrobiło mi się wstyd. Niestety moich głupich stwierdzeń odkręcić się nie da. Bałam się, że ksiądz może pomyśleć sobie coś, co nie jest prawdą. Ja, ja po prostu kocham rozmawiać z tym człowiekiem. Nie tylko o Bogu, lecz o wszystkim – nawet tym najbardziej błahym i bezsensownym. Nikt mnie tak nie wysłucha i nie zrozumie, jak on. Zwierzam mu się z problemów w szkole, dzielę się z nim moją samotnością i przygnębieniem. Otwieram się przy nim…
Zupełnie inaczej jest przy Krecie. On nawija tylko o nauce, o przyszłości i o innych dołujących mnie rzeczach. Łączy nas jedynie to, że obydwaj jesteśmy odtrąceni przez szkolne otoczenie, choć… ja nawet bardziej, bo on ma chociaż głupiutkiego i naiwnego kolegę z ławki – Sławka – który ma „swój styl i talent”. Ja natomiast nikogo nie mam. Nikogo. przez wielkie N. Jako wielka Danuta ważąca prawie 120 kilogramów byłam wyśpiewana przez wszystkich. Dziś – mniejsza o połowę – nie potrafię rozmawiać z tymi samymi ludźmi, którzy jeszcze niedawno odrzucili mnie z powodu nieapetycznego ciała. Marginesem i sierotą zostałam, mimo że kilogramy uleciały. Prawda jest taka, że, gdy raz cię zapamiętają – taką samą widzieć cię będą do końca życia.
Szkolne przerwy spędzam z Kretem i z jego głupkowatym kolegą, pomimo że nie chodzimy razem do klasy. On jest starszy ode mnie o rok i uczy się na zupełnie innym profilu. Kret to umysł ścisły, ja natomiast to humanista. Sławek, czyli głupkowaty kolega jest całkiem miły. Nikt go nie lubi, ponieważ swym zachowaniem i stylem ubioru dorobił się opinii „pedała”. Z przymusu, nie z wyboru koleguje się z Kretem, chociaż wydaje mi się, że chłopak darzy go o wiele większą sympatią, niż Kret jego. Wobec mnie Sławek jest w porządku, tylko że bez przerwy głupoty gada – z pozoru, lecz tak naprawdę dzieli się z nami swymi niespełnionymi marzeniami. Jak nie model, to tancerz. Jak nie tancerz, to piosenkarz. „Wielo-talent” – zdaniem Kreta nie posiada ani jednego jawnego talentu. No, może za wyjątkiem wkurzania swojego kolegi z ławki. Ma długie włosy, tępy wzrok, nosi obcisłe ubrania i nade wszystko kocha popowe gwiazdeczki. Gdyby nie on…chyba nie przychodziłabym na przerwach do Kreta, bo ten wydaje się być o wiele mniej kontaktowy, niż jego wygadany kolega. Czasem myślę, że narzucam się mu swym towarzystwem.
Zauważyłam, że jeżeli chodzi o osobników płci męskiej, dogaduje się przeważnie z tylko z tymi, co mają długie włosy. Kret, Sławek, brat Kreta, wujek Grzesiek…jedynie ksiądz Przemek ma krótkie, choć i tak korzystnie wygląda. Zresztą, ksiądz i długie włosy? Dla ludzi takich, jak moja matka faceci w długich włosach to sataniści i niechluje. Przez niego nikt nie chciałby chodzić do kościoła.
-Danuta! Wróciłam! Teraz zajmij się sprzątaniem!
-Mamo, ja teraz wychodzę…
-Gdzie?!
-Do koleżanki.
-A od kiedy ty masz jakąś koleżankę?
-Mam, mam…
Aby uniknąć sprzątania, wyszłam z domu i udałam się do księdza Przemka.
Na dworze było spokojnie. Wielka wichura tak nagle uciszyła się, z chmur wyszło niemrawe słońce – jedynie kropił deszcz, lecz… czego lepszego można było się spodziewać po październiku?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz